Ania Starmach gotuje i piecze dla uśmiechów. Koledzy męża uwielbiają jej słodycze

Obiad o 15:00, dwa dania i deser. W rodzinnym domu Ani Starmach polski zwyczaj "obiadowania" ma się dobrze. Jurorka "MasterChefa" uwielbia gotować i być karmiona. Teraz radzi Polakom, jak przygotować smaczne, proste i dość szybkie obiady, a w rozmowie z WP Kuchnia zdradza, co jedli goście na jej weselu i czym zdobywa sympatię kolegów swojego męża.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Anna Starmach to wulkan energii. W kuchni kieruje się pasją i wyobraźnią
Anna Starmach to wulkan energii. W kuchni kieruje się pasją i wyobraźnią (ONS.pl)

Aniu czy masz jeszcze czas gotować w domu, bo sporo pracujesz?
Jeśli zajrzysz na Instagram, to zobaczysz, że od rana testuję dziś kruche ciasteczka z marcepanem i konfiturą malinową, bo się obudziłam z przeświadczeniem, że dziś będzie dzień potwora ciasteczkowego, więc zrobiłam marcepan, kruche ciasto i to w kilku wersjach, bo szukałam równowagi między kruchością a delikatnością, więc jak widać, mam czas na gotowanie.

A co ci sprawia największą frajdę w kuchni?
To, że ja gotując, sprawiam frajdę innym. Myślę, że jak się gotuje tylko dla siebie, to jest to połowa przyjemności, dlatego ja mam dzisiaj dwie patery ciasteczek i tylko czekam, kiedy mój mąż wróci z pracy i zje połowę, a drugą pewnie jutro zabierze do pracy, bo jego koledzy tylko na to czekają. Uwielbiam ten uśmiech na twarzach, jaki zauważam u ludzi, którzy zjedli dobry posiłek. I wiadomo, że kocham desery, wyżywam się w ten sposób, sięgając po nowe i stare receptury, czasem ze starych książek, a czasem po te rodzinne i bardzo mnie to bawi i kręci, ale dziś oprócz ciastek będę też piekła kurczaka, na którego punkcie mój mąż ma fioła. Chodzi o takiego ze złotą, chrupiącą skórką, ale z mięsem pełnym smaku, niewysuszonym. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby był faszerowany.

A czym będzie faszerowany ten dzisiejszy?
To jest dobre pytanie. Jestem dziś trochę chora, dlatego nie mogę pójść na zakupy. Zaraz zajrzę do spiżarni i zobaczę, co mam w środku. To moja ulubiona zabawa. Z tego, co widziałam, mam dużo świeżych ziół, mam różne kasze, może pójdę w tym właśnie kierunku. Mam też trochę wątróbki, więc myślę, że nie będzie nudno, ale to plan na dzisiejszy wieczór i sama jeszcze nie wiem, jak to się skończy. Najfajniejsze jest to, że można się pobawić, eksperymentując.

Powiedziałaś, że sięgasz po rodzinne receptury, macie jakiś zeszyt, przekazywany z pokolenia na pokolenie? Jak to wygląda?
Mojej rodzinie wydaje się, że ma pamięć absolutną, więc zapisywanie jest zbędne, a wszyscy robią wszystko na oko, z pamięci, jak im się wydaje, że powinno być. Dla mnie jest to trudne, bo kiedy chciałam do książki "Pyszne obiady" wyciągnąć od cioci Teresy przepis na drożdżowe ze śliwkami, musiało się odbyć gotowanie. Na moje pytanie, jak go robi, odpowiedziała: "Wiesz co, zaczekaj, ja pójdę po produkty i zaraz ci pokażę". Chwilę potem ciocia wrzucała, ubijała, mieszała i nastawiała piekarnik, a ja jak reporter wszystko, to, co działo się w kuchni, notowałam. Zeszytu nie ma i smuci mnie to, bo nie ma już z nami babci Zosi, która była rewelacyjną kucharką. Wszystko, co robiła w kuchni to była magia, ale niestety nikt tego nie spisał. Dlatego ja od paru już lat staram się namówić wszystkie osoby gotujące w rodzinie, żeby dzielili się rodzinnymi recepturami, bo głowa to nie jest najlepszy magazyn na nie, bo z głowy często coś wypada.

A w "Pysznych obiadach" są przepisy, które pamiętasz z domu, albo od babci, odtworzone przez ciebie?
Książka powstała z potrzeby serca z jednej strony, a z drugiej z potrzeby, jaką odczuwa wiele osób, które wracają do domu i nie wiedzą, co ugotować na obiad. Ten posiłek jest dla mnie najbardziej chyba tradycyjny, bo kto z nas w niedzielę nie ma ochoty na rosół, a później w poniedziałek na wyśmienitą pomidorową, albo na kotlety mielone czy gołąbki. Wiem, że wiele rodzin, zupełnie tak samo, jak moja, nie spisuje przepisów, i później dzieci, które same założyły rodziny, próbują gotować jak rodzice i cały czas czegoś brakuje. Dlatego napisałam książkę tradycyjną. Mamy tu rosół babci Zosi, mamy ogórkową, mamy pomidorową, ale oprócz tradycyjnych receptur są też te nowsze, szybsze, z których mogą skorzystać osoby niemające czasu na codzienne przygotowywanie na przykład placków ziemniaczanych z gulaszem czy bitek wołowych. Książka łączy tradycje i wymagania nowoczesności, bo zależy mi na tym, żeby przekonać wszystkich do jedzenia w domach.

A tobie, w czasach kiedy odchodzimy od trzydaniowego obiadu, na rzecz jedzenia chwytanego w locie, udaje się celebrować posiłki?
Udaje mi się, ponieważ bardzo mi na tym zależy. U mnie w rodzinie szczególne zawsze były weekendowe obiady i było dla wszystkich jasne, że sobota, niedziela, godzina 15:00 to czas by siadać do stołu zastawionego po brzegi, to czas na rozmowę i na to, by być ze sobą. Oczywiście, że w tygodniu, o tej porze prawie nikt nie ma wolnej chwili i spotykamy się raczej przy później obiado-kolacja, ale te celebrowane obiady są dla mnie bardzo ważne. Jest takie piękne słowo obiadować i ono zawiera w sobie nie tylko jedzenie, ale też spotkanie, rozmowę albo milczenie, zawsze jednak bycie ze sobą, to czas, kiedy można zatrzymać się na chwilę i znaleźć dla siebie nawzajem czas. I to jest możliwe oczywiście z kubkiem herbaty w dłoni, ale mam wrażenie, że łatwiej się zatrzymać, gdy na stole stoi waza z zupą albo pieczeń, bo jedzenie zbliża ludzi.

A jak wygląd twój codzienny obiad?
Jest przygotowywany niespiesznie, wtedy kiedy tylko mogę, choć bywa oczywiście, że nie mam za wiele czasu, wtedy uwijam się w kuchni jak w ukropie. Prowadzę bardzo nieregularny tryb życia i nie zawsze wiem, kiedy będę w pociągu, kiedy w Krakowie, a kiedy na drugim końcu Polski, ale zawsze staram się, żeby to był obiad przygotowywany przeze mnie.

A czy teraz ty podtrzymujesz tradycje tych weekendowych obiadów o 15:00?
Na co dzień to ja karmię ludzi, ale uwielbiam też, kiedy ktoś karmi mnie. To jest olbrzymia przyjemność i przeważnie jest tak, że w niedzielę idziemy do moich rodziców, a w sobotę do teściów, czyli do rodziców Piotra. Ja zawsze na te weekendowe spotkania przynoszę desery, serniki, bezy albo ptysie czy eklery, co się komu zamarzy.

A ja słyszysz tradycyjny krakowski obiad, to z czym ci się to kojarzy, masz swojej ulubione krakowskie przysmaki?
To, co absolutnie uwielbiam to maczanka po krakowsku, w mojej rodzinie przygotowywana raczej od święta, a to, co było zawsze to rosół z lanym ciastem i drób, czasem kaczki, czasem kurczaki, pojawiała się też gęś, a do tego buraczki czy mizeria i ziemniaki. No i koniecznie ciasto na deser, najlepiej szarlotka.

Podobnie było na obiedzie z okazji twojego ślubu? Tradycyjnie?
Uważam, że są takie momenty w życiu i w roku zresztą też, kiedy sięganie po ekstrawagancje jest zbędne. Myślę na przykład o świętach Bożego Narodzenia. Ja co roku słyszę pytania: pani Aniu a co u pani na święta? A ja od odpowiadam, że u mnie od trzydziestu lat, bo tyle mam, jest zawsze to samo i mam nadzieję, że przez kolejnych trzydzieści czy pięćdziesiąt lat nic się nie zmieni. I tak samo było z weselem. Był rosół i była kaczka, a do kuchni wracały kompletnie puste talerze i to było przewspaniałe.

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.