Pieczony kalafior z dwoma sosami
Pieczonego w całości kalafiora spróbowałam pierwszy raz kilka lat temu, podczas krótkiego, szalonego i absolutnie smacznego wypadu do Tel Awiwu. Jednym z miejsc, które znalazły się na planie naszej gastronomicznej marszruty, był Mizon – niewielka, tętniąca życiem i już wówczas bardzo popularna knajpka, której flagowym daniem (choć w pisanym odręcznie menu widniało ich zdecydowanie więcej) były właśnie pieczone w całości kalafiory. Białe głowy tych warzyw zdobiły półki i regały, inne znikały we wnętrzu stojącego w kącie pieca. W końcu jedna trafiła na nasz stół. My dwie, on jeden – gorący, pachnący, z mocno przyrumienionymi różyczkami. Do niego pobrane z parapetu pikle, sosy, wszędobylska tahina, gruba morska sól. To było odkrycie. Pieczonego kalafiora chyba nie da się nie lubić. Jest maślano-orzechowy, chrupiący, a jednocześnie miękki i jędrny. W sytuacji, gdy trzeba wykarmić kilka osób, a nie ma się zbyt wiele czasu na skomplikowane dania, sprawdzi się znakomicie.