Katarzyna Burzyńska i jej słodycze bez cukru

Katarzyna Burzyńska-Sychowicz, entuzjastka zdrowego stylu życia, dziennikarka i prezenterka popularnych programów telewizyjnych, na co dzień realizuje swoją kulinarną pasję gotując dla całej rodziny. I choć kiedyś chciała zamienić kuchnię na pokój, dziś uwielbia spędzać w niej czas. Miłością do zdrowych słodkości, które można jeść bez wyrzutów sumienia, dzieli się na Instagramie i w swojej książce "Bez cukru #kasiuniagotuje". Nam opowiada, jak wiejskie geny pomagają jej w gotowaniu i co przywozi w słoikach od mamy.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Katarzyna Burzyńska-Sychowicz
Katarzyna Burzyńska-Sychowicz (ONS.pl)

Magda Pomorska: Bez cukru, ale jednak słodkie. Skąd pomysł na takie propozycje do książki kucharskiej?
Katarzyna Burzyńska-Sychowicz: Sprawa jest. Zazwyczaj jest to domena kobiet, chociaż znam również mężczyzn, którzy słodkie uwielbiają, np. mój tata. Może to dziedziczne? Gdy zaszłam w ciążę, to pomyślałam, że dobrze byłoby ograniczać lub wręcz wyeliminować cukier, Było jednak ciężko… Zrozumiałam, że bez słodyczy nie potrafię się obejść, postanowiłam więc zastąpić je zdrowymi alternatywami. Zaczęłam szukać, inspirować się zagranicznymi przepisami i książkami – próbowałam, eksperymentowałam z zamiennikami… Efekty były pyszne, wyraziście słodkie i co najważniejsze: zdrowe. Początkowo myślałam, że taki jadłospis stosować będę tylko w ciąży, ale potem urodził się Henio i w trakcie karmienia jeszcze bardziej zwracałam uwagę na to, co jem i tak mi to weszło w krew. Do tego stopnia, że zaczęłam bawić się w kuchni, wymyślać własne receptury i to był początek drogi do książki. Teraz nie wyobrażam sobie innego życia. Dziś, kiedy incydentalnie zjem coś z białym cukrem to już mi to nie smakuje tak jak kiedyś. Dodatkowo: po nawet małej porcji po prostu mnie mdli. Rzeczywiście, gdy w kuchni przerzuci się na tę lekką stronę mocy, to potem nic nie smakuje tak samo. A najfajniejsze w tych moich kulinarnych wariacjach na słodycze bez cukru jest to, że smakują naprawdę bajecznie i są banalnie proste w przygotowaniu.

Wspominasz, że sukcesem w kuchni była zamiana niektórych składników, ale nie bez znaczenia były twoje ''wiejskie geny''. Czy to znaczy, że jako dziecko gotowałaś często z mamą lub babcią?
Tak naprawdę nigdy nie uczyłam się gotować, ale mimochodem obserwowałam babcię, mamę i wszystkie ciocie. Na wsiach jest tak, że każda kobieta po prostu ma kulinarne zdolności i rękę do wypieków. Ja jednak nie paliłam się do przesiadywania w kuchni, chociaż moja mama świetnie gotuje i tata również - to on bardzo często odpowiadał za przygotowywanie obiadów, pole do popisu mojej mamy to z kolei słodkości.. Mój udział ograniczał się do przypatrywania i okazało się, że coś z tego zostało mi w głowie. Jeszcze 5 lat temu kuchnia dla mnie mogła nie istnieć, ale gdy poznałam mojego męża, to zapragnęłam gotować. Dla nas. Te moje wiejskie geny i zdolność bycia gospodynią zaczęły działać i sprawdzać się w praktyce. Dziś wydaje mi się, że gotuję świetnie. Zaznaczyć muszę jednak, że moje przepisy są proste. Nie uważam się za wirtuoza w kuchni, jestem po prostu dobrą gospodynią, która potrafi zrobić danie szybkie i nieskomplikowane. Ktoś może powiedzieć, że składniki, których używam, są przekombinowane, czy nie do dostania, ale to nieprawda. Większość zdrowych produktów czy zamienników jest dostępna w supermarketach czy mniejszych sklepikach, ale zazwyczaj o nie po prostu nie pytamy i z przyzwyczajenia wybieramy te dobrze nam znane, jak cukier kryształ czy mąkę pszenną. Różnica w cenie jest - one są nieco droższe, ale myślę, że warto zainwestować w swoje zdrowie.

Wracając do twojej rodzinnej miejscowości - czy kobiety, które mieszkają na wsiach i mniejszych miasteczkach są gotowe na zastąpienie śmietanowych serników wypiekami w wersji fit?
Gdy moją książkę sprezentowałam ciociom, to miałam od nich telefony z pytaniami: "co to jest ten ksylitol i gdzie go kupić?". Oczywiście wyjaśniłam i podpowiedziałam, że nawet w naszym małym sklepiku w 6-tysięcznej miejscowości są produkty, które polecam w kuchni. A z pomocą przychodzą też sklepy internetowe. Ciocie powiedziały więc, że będą próbować i recenzować. Pierwsze pochwały miałam już po przygotowanych dla nich omletach - pojawiła się pierwsza akceptacja i ekscytacja. Zrobiłam też na przyjęcie rodzinne wegańskie brownie, nie mówiąc o składnikach, a nie było w nim mąki, jajek ani masła czy mleka. Po konsumpcji i zachwytach domownicy poznali recepturę i byli bardzo zaskoczeni. Gwarantuję więc, że warto spróbować! Bo od spróbowania do zakochania jeden krok.

Określiłaś się mianem królowej omletów i patrząc na pokaźną liczbę wersji na ten przysmak, trudno odmówić ci tego tytułu. Skąd ta miłość do tego dania?
W trakcie karmienia piersią buszowałam dużo po internecie i szukałam kulinarnych inspiracji. Natknęłam się pewnego dnia na zdjęcie omleta na słodko, pięknie udekorowanego. Najpierw pożerałam go wzrokiem, by następnie zrobić go już następnego ranka. Kolejne omlety były już radosną twórczością własną. Ważne jest dla mnie, aby jedzenie kusząco wyglądało - prawdą jest, że najpierw "jemy" wzrokiem, a potem uruchamiamy kubki smakowe. Jeżeli za wrażeniem wzrokowym idzie wrażenie smakowe, to jest pełen sukces.

To jak to jest, że omlety ci się udają, a naleśniki nie, do czego otwarcie się przyznajesz? (śmiech)
Pojęcia nie mam! Próbowałam na wszystkie sposoby, dostałam tysiące rad i … za każdym razem fiasko. Z naleśnikami się po prostu nie lubimy. Jem więc te, które wychodzą spod ręki mojej mamy i teściowej, a sama przygotowuję wyroby naleśnikopodobne, alternatywne wersje: placuszki czy pankejki.

Słodkości w ciąży towarzyszyły ci cały czas, ale w tej zdrowej wersji, którą polecasz innym kobietom. Ale jak to w praktyce zaplanować?
Zrobić więcej na zapas. Plusem moich przepisów jest szybkość ich wykonania - tak naprawdę wystarczy 10-15 minut. Często robię np. kulki mocy, zamrażam i wyciągam z czeluści zamrażarki wtedy, kiedy nachodzi mnie ochota na nie.

Wspomniałaś o tych kulkach mocy. Czy Ania Lewandowska powinna czuć oddech konkurencji?
A gdzie tam! Ona jest bezkonkurencyjna! A wersji kulek mocy jest już naprawdę dużo. Chyba każda osoba, która lubi gotować i zdrową kuchnię, kombinuje z tą propozycją. To idealna przekąska przed czy po treningu, a także w trakcie zabieganego dnia, gdy nie mamy czasu na klasyczny posiłek. Do blendera wrzucam akurat to, co mam pod ręką czy w szufladach: pestki, owoce suszone, orzechy, daktyle, wiórki kokosowe, kakao... Całość miksuję, formuję kulki i gotowe. Potem mrożę i mam zapasy. Jestem typem osoby, która uwielbia robić zapasy (śmiech).

To w takim razie jesteś słoikiem? Co najczęściej przywozisz ze swojego rodzinnego domu?
Zdecydowanie jestem słoikiem! (śmiech). Regularnie przywożę słoiki z bigosem, fasolką po bretońsku - zazwyczaj w wersji wegetariańskiej. Mięso jem sporadycznie, najczęściej w domu na wsi, gdy wiem, że pochodzi ze sprawdzonego źródła. Sporo przywożę też ciast od mojej mamy, obowiązkowo rosołek. Co ciekawe, mój mąż, który urodził się w Warszawie i jego rodzice mieszkają w stolicy, też dostaje od mamy słoiki.
Zdrowe propozycje pojawiają się w menu kawiarni i królują na Instagramie czy Facebooku. Myślisz, że to chwilowa moda czy stała zmiana?
Wydaję mi się, że jeśli ktoś zacznie, to już nie ma odwrotu i wiem to po sobie. Sądziłam, że w moim przypadku życie fit będzie chwilowe: na czas ciąży i okresu karmienia, a potem wrócę do starych nawyków i przyzwyczajeń. W praktyce typowe słodkie rzeczy przestały mi zwyczajnie smakować - są za słodkie, mdli mnie po nich. To taki krótki zastrzyk energii, po którym pojawia się charakterystyczna senność. Typowy biały cukier wcale nie krzepi, co dziś namacalnie czuję. To przez niego źle się czujemy i gorzej wyglądamy. Zdarza mi się przy niektórych okazjach zjeść kawałek tortu z górą kremu i mój organizm po prostu go odrzuca, podobnie jak alkohol. Kiedyś byłam ogromną fanką bez, potrafiłam jeść je na kilogramy. Dzisiaj, kiedy zjem kawałek bezy, to czuję się naprawdę kiepsko. Zdrowe słodkości zdecydowanie zaspokajają moje słodkie żądze. I w dodatku mam świadomość i dumę z tego, że jem zdrowo. Jeśli już połakomię się na wypieki z klasycznym cukrem, stawiam na wypieki mojej mamy.

Słodkości bez cukru pomagają nam zachować wagę i nie przytyć, ale czy też pomagają nam schudnąć?
Tego ja na swoim przypadku nie mogę potwierdzić, bo od lat mam tę samą wagę, czegokolwiek bym nie jadła. Dla mnie zdrowe jedzenie to kwestia lepszego samopoczucia. Wykluczenie białego cukru czy mąki pszennej to gwarancja, że poczujemy się lżej. Moja książka to taka hedonistyczna propozycja dla osób, które lubią słodki smak, ale chcą się nim cieszyć bez wyrzutów sumienia. Stąd te zamienniki w postaci syropu z agawy, daktyli czy wspomnianego ksylitolu. O to chodzi, żeby czerpać przyjemność z jedzenia i się nie ograniczać.

A jak udało ci się tak szybko wrócić do formy po porodzie?
Podczas ciąży jadłam zdrowo, często, ale regularnie - średnio 5-6 posiłków dziennie. Dzięki temu nie miałam tego nieprzyjemnego uczucia głodu. W ciąży często zapychamy się - zwłaszcza przy ciążowych zachciankach, a to wpływa na nasz metabolizm. A ja co 2-3 godziny stawiałam na te wartościowe posiłki. Piłam ogromne ilości wody - minimum 3 litry dziennie. A do tego aktywność - po pierwsze fizyczna, jak i zawodowa. Właściwie do samego końca ciąży pracowałam i również przez to forma była dobra. Oczywiście byłam pod opieką lekarza, ale czułam się na tyle świetnie, że czasem zapominałam, że byłam w ciąży. Ten stan zdecydowanie dodał mi skrzydeł - miałam mnóstwo energii, nowych pomysłów. Przyzwyczaiłam swój organizm do działania, a to zaprocentowało po porodzie, że właściwie wystarczyły mi dwa tygodnie, aby wrócić do formy.

I ten jadłospis zdrowy teraz dominuje w waszym domu?
Jeśli chodzi o słodkości, to we trójkę jadamy właśnie te bez cukru. W domu odpowiadam za śniadania i drugie śniadania. Albo wstaję wcześniej rano, albo przygotowuję je dnia poprzedniego. Sprytnym rozwiązaniem jest omlet, którego możemy podać na ciepło, jak i na zimno. W obu wersjach świetnie smakuje! Od początku podaję Heniowi właśnie tę wersję słodyczy - bo zna smak słodki, ale to jest zdrowa słodycz. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdy będzie starszy, to zetknie się z klasycznymi słodkimi pokusami, ale jestem też pewna, że nie będą mu smakować. Tak jak teraz mnie. W kwestii wytrawnych rzeczy to także dominują u nas te lżejsze, zdrowsze potrawy, ale nie odmawiamy sobie też tych bardziej kalorycznych. Oczywiście nie chodzi o typowy fast-food, tego nie tykamy, ale o tłustsze, klasyczne polskie obiady. Czasem skusimy się na pizzę, ale własnoręcznie wykonaną. Za obiady ogólnie odpowiada mój mąż - jest świetny w kuchni orientalnej, szczególnie kuchni tajskiej, i jest prawdziwym mistrzem improwizacji.

W mediach społecznościowych dominują teraz ładne fotki smacznego jedzenia. Foodporn opanowało sieć, a i ty chętnie używasz hashtagów.
Tak naprawdę cała koncepcja książki powstała na instagramie. Tam publikowałam zdjęcia moich potraw. Pojawiły się propozycje zebrania ich, na przykład na blogu. Ale zdecydowanie to rozwiązanie nie było dla mnie - blogerką nigdy być nie chciałam. Druga propozycja okazała się strzałem w dziesiątkę i hashtag #kasiuniagotuje przerodził się w książkę. Bardzo lubię ten instagramowy "foodporn", który często mnie inspiruje. Zdarza się, że zobaczę zdjęcie jakiejś ppotrawy na social media, a potem wybieram się do knajpy, która ją serwuje. Ta wizualna strona jedzenia jest dla mnie bardzo istotna.

Muszę więc zapytać o zdjęcia przepisów - czy wszystkie to twoje "układanki"?
Połowę zdjęć zrobiłam ja razem z mężem, a druga część jest dziełem Olgi Figaszewskiej - młodej i niesamowicie zdolnej fotografki. Doskonale się rozumiałyśmy i dogadywałyśmy w półsłowa, w mig. Podglądałam ją w trakcie sesji i przyznam, że sporo się od niej nauczyłam, dziś sama inaczej podchodzę do fotografowania jedzenia. To, co wyróżnia moją książkę to fakt, że jest od początku do końca moim sznytem. Zdjęcia, przepisy i ich forma przedstawienia. Książka jest swobodna, dziewczyńska i piękna!

A jaką rolę odgrywają posiłki w twoim życiu. Czy w tym współczesnym zamieszaniu masz czas na celebrację?
Zdecydowanie! Dla mnie to jeden z filarów rodziny: wspólne biesiadowanie. Gdy się spotykamy w gronie najbliższych, jemy, delektujemy się jedzeniem, celebrujemy to, że jesteśmy razem. Posiłki wspólne są niezwykle istotne, pilnujemy tych zwyczajów. Przy stole rozmawiamy, plotkujemy, nasze posiłki trwają długo i są suto podlewane śmiechem. Ze znajomymi z kolei mamy taką tradycję, że umawiamy się w naszych domach na kulinarne festiwale np. na festiwal pizzy. Robimy własne ciasto, każdy przynosi swoje ulubione dodatki, a potem wspólnie pizzę pieczemy i serwujemy. To genialny pomysł na wspólny czas! Celebrujemy festiwale wegańskie, słodkie, kanapek, past albo sezonowe, ot choćby festiwal buraka. Jedzenie to jest przyjemność, ale gotowanie także, ja nigdy o tym nie zapominam.

Polub WP Kuchnia
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.