Trwa ładowanie...

Ogień z Małopolski kusi nie tylko smakiem. To miejsce trzeba odwiedzić

Pożar wśród miłośników dobrego jedzenia - i to nie tylko z okolic Krakowa - wybuchł w kwietniu. Nagle wszyscy mówili tylko o jednym miejscu. O Ogniu, i to tym pisanym dużą literą. O jedzeniu, które zachwyca smakiem i okolicznościach przyrody, które zachęcają do konsumpcji.

W artykule znajdują się linki i boksy z produktami naszych partnerów. Wybierając je, wspierasz nasz rozwój.

Ogień z Małopolski kusi nie tylko smakiem. To miejsce trzeba odwiedzićŹródło: fot. Bartek Kieżun
d1bifuk

Wszystko jednak zaczęło się chwilę wcześniej. O gospodarstwie agroturystycznym Koziarnia zrobiło się głośno parę lat temu, kiedy rodzina Lorków po raz pierwszy zaprosiła gości. Prędko okazało się, że sery i kuchnia pani Jadwigi nie mają sobie równych. Cydry robione przez Marina i Kubę, ojca i syna, które powstawały na bazie soku ze starych odmian jabłek, mocno wytrawne i pełne aromatu dojrzałych owoców, zupełnie inne od tych, jakie można było znaleźć wówczas w sklepach, zachwyciły miłośników jabłecznika.

fot. Bartek Kieżun
Źródło: fot. Bartek Kieżun

Nowe miejsce na kulinarnej mapie Małopolski

Renomę gospodarstwa i jakości ich produktów potwierdziła opinia prezesa Slow Food Polska Jacka Szklarka, który zapraszał rodzinę i jej dzieła na organizowane przez siebie festiwale. Sama agroturystyka Koziarnia na Smykani, przysiółku Pogorzan, u podnóża góry Ciecień w Beskidzie Wyspowym została laureatem konkursu na najatrakcyjniejszy obiekt turystyczny w powiecie limanowskim w kategorii agroturystyka i to dwukrotnie w 2017 i w 2012 roku. Małopolscy miłośnicy dobrego jedzenia co jakiś czas skrzykiwali się, by grupą wybrać się do Koziarni i wspólnie z całą rodziną gospodarzy gotować, jeść i napić się cydru lub wina. Co jakiś czas dołączali do nich szefowie kuchni i smakosze z innych rejonów Polski. Jedno z takich spotkań okazało się brzemienne w skutkach.

d1bifuk

Plotka głosi bowiem, sami zainteresowani nie potwierdzają, ani nie zaprzeczają, że pewnej nocy, a w zasadzie tuż, tuż przed wschodem słońca Przemek Błaszczyk powiedział do Marcina Lorka: ja bym tu knajpę zrobił i pogotował, na co Marcin miał odpowiedzieć: to ja ją zbuduję. I poszli spać.

fot. Bartek Kieżun
Źródło: fot. Bartek Kieżun

Taki temat to nie gruszka, w popiele nie dało się go zasypać! Może nie jeden szef kuchni, ale kilku, przecież każdy gdzieś pracuje, może nie w poniedziałki, ale w weekendy, może nie cały rok, ale w sezonie. Nad szczegółami koncepcji dyskutowali już w większym gronie przy śniadaniu następnego dnia. Trudne warunki narzucone przez beskidzką przyrodę okazały się błogosławieństwem. Kolektywnie doszli bowiem do wniosku, że jeśli kuchnia w takim miejscu, to ta najprostsza, wracająca do korzeni, z wykorzystaniem dostępnych w górach metod obróbki. Głównie grill rozgrzewany żywym ogniem, ognisko, by piec mięso i gotować zupy w kociołku. Ustali również, że w swojej polowej kuchni będą wykorzystywać tylko produkty z najbliższej okolicy i jak najbardziej sezonowo. Mięso postanowili kupować w Limanowej, zioła zbierać w pobliskim lesie i własnym ogrodzie. Cydry mieli własne, a wina starannie wyselekcjonowali, korzystając z portfolio importerów sprowadzających wina z terenu szeroko rozumianych Karpat. Wybrali kilka win z Węgier, kilka od morawskich autentystów, bo skoro kuchnia miała być bliska naturze, to i wina musiały im sprostać.

Mistrzowskie gotowanie na żywym ogniu

Taki był projekt. Trzeba się było zabrać do roboty i zebrać ekipę do wspólnego gotowania. Na czele stanęli oczywiście członkowie rodziny, dołączali do nich kolejno: Aleksander Baron z warszawskiej restauracji Solec 44, Pavel Portoyan, który w Krakowie zasłynął grillując na Lipowej, według reguł z rodzinnej Armenii, Rafała Bernatowicza również nie trzeba było dwa razy zapraszać. Nim się obejrzeli, przypomniał sobie o swoim pomyśle Przemek Błaszczyk z chorzowskiej Manany, widywany tu czasem z Borysem, swoim młodszym bratem jako prawą ręką. W roli sous chefa całego przedsięwzięcia zobaczył się Bartek Wilczyński, promotor kulinarny, który dodatkowo postanowił stać się jednoosobowym działem PR przedsięwzięcia. Agnieszkę Kraszewską skusiła obecność przyjaciół, czyli rodziny Lorków.

fot. Bartek Kieżun
Źródło: fot. Bartek Kieżun

Nad nazwą nie było długiej debaty. Skoro ogień miał być podstawową techniką obróbki w tym miejscu, niech będzie Ogień. I tym jednym słowem tak rozpalili wyobraźnię zgłodniałych kulinarnych wrażeń fanów dobrej kuchni, że mimo fatalnej pogody w pierwszy weekend maja goście z całej Polski zdecydowali się na błądzenie we mgle w poszukiwaniu jedzenia. Podczas pierwszego spotkani gotowali wszyscy członkowie kolektywu, ale gdy trzeba było zrobić coś dodatkowego, za deski i noże chwytali pomocni goście. Małgosia Minta (Minta Eats) zaserwowała na przestawkę rzodkiewki z masłem i szczypiorkiem, Magda Wójcik (NajedzeniFest!) siekała zioła z panią Jadwigą, a Agata, żona Rafała Bernatowicza, pilnowała, by kulinarny zapał gotujących nie płonął równym ogień przez cały weekend. A potem było już tylko lepiej. Przez kolejne miesiące na leżakach i hamakach pod górą Ciecień wypoczywały w weekendy dziesiątki ludzi spragnionych prostych autentycznych smaków. Przyjeżdżali na obiad, a z rozpędu niejako zostawali na kolację. Bywało, że suto zakrapiana. Nie znalazł się w Polsce szanujący się kulinarny bloger, którego by tam nie było. Po wizycie telewizji zrobiło się szczególnie gorąco, a z weekendu na weekend robiło się coraz ciekawiej w ogniowej karcie, pstrągi goniły barany, barany zmykały przed wołami. Co wrażliwszych nieco strach oblatywał na widok ogonów, ozorów i wędzonych flaków. Bywało, że wegetarianie nieco kręcili nosami, że mało dań bezmięsnych, ale po zjedzenie podpłomyka z camlorkiem uśmiech nie schodził z ich twarzy, zwłaszcza kiedy spojrzeli na desery i zobaczyli w karcie racuchy, pieczone śliwki z kwaśną śmietaną, agrest pod kruszonką, albo kogel-mogel z rabarbarem.

fot. Bartek Kieżun
Źródło: fot. Bartek Kieżun

Sezon w ogniu trwa do końca września i teraz jest tam równie ciekawie co w maju. W jesiennym menu podpłomyki podaje się z kaniami i maślakami rosnącymi pod rozwieszonymi między sosnami hamakami, lemoniadę dosmacza się dziką macierzanką i płatkami róży. Jeśli więc jeszcze tam nie byliście, to czas ruszać w drogę. Jeśli nie zdążycie przed końcem miesiąca, nie przejmujcie się zbytnio, bo z przecieków od członków kolektywu wiemy, że już myślą, co by tu ciekawego zmalować i to wcale nie dopiero w maju przyszłego roku. Trzeba więc śledzić ich fanpage na Facebooku, bo nam nic więcej zdradzić nie chcieli.

Zobacz także wideo: jak przygotować kiełbasę na grilla

icon info

W artykule znajdują się linki i boksy z produktami naszych partnerów. Wybierając je, wspierasz nasz rozwój.

d1bifuk
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1bifuk
Więcej tematów