Na polskie targowisko po wietnamskie jedzenie. Zupa za dychę, a drugie danie za 12 zł

Chcecie liznąć odrobiny orientu z Wietnamu za grosze, nie ruszając się z Polski? Jedźcie na najbliższy większy bazar z wietnamskimi straganami. A tam zlokalizujcie zagłębie z barami, w których tamtejsi azjatyccy handlarze się żywią. Nie pożałujecie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Wietnamska restauracja na targowisku Marywilska 44
Wietnamska restauracja na targowisku Marywilska 44 (Archiwum prywatne)

Na targowisko przy Marywilskiej na warszawskiej Białołęce jeszcze do niedawna jeździłam tylko z jednego powodu: odwiedzałam stoiska z produktami do robienia chałupniczo biżuterii. Doskonale zaopatrzony kram, towar w dobrej cenie, miła i sprawna obsługa. A wszystko to po sąsiedzku. Odruchowo wpadłam w konkretną alejkę wprost z parkingu przed wejściem, wybierałam czego mi akurat było trzeba, płaciłam i wracałam do auta. Cała reszta nie miała dla mnie znaczenia. Do dnia, gdy pomyliwszy w pośpiechu uliczkę, wylądowałam ku mojemu zaskoczeniu w zagłębiu marywilskiego gastronomicznego "chinatown". Tak oto przez przypadek w moim życiu nastąpił nagły zwrot: z pasjonatki marywilskich koralików i paciorków stałam się fanką tamtejszego "wietnamczyka". I dziś – mimo że zmieniłam adres zamieszkania i jest mi do Marywilskiej dalej niż bliżej – wyprawiam się tam na całkiem fajną szamę, przy okazji wpadając po błyskotki.

Zobacz wideo: Najlepsza kuchnia wietnamska w Polsce

"Chińczyk" made in Poland

Lata 90. i pierwsze uliczne bary z wołowiną w pięciu smakach, na odległość bijące ordynarną smażeniną z woka po nosie. Pamiętam jak dziś. Zwłaszcza jak się miało taki pod nosem, czyli na bazarku pod blokiem. Szczerze? To nie lubiłam. Chodziłam do podstawówki i marzyłam o zestawie z zabawką z McDonald'sa. A taki "wietnamczyk" czym mógł zachwycić dzieciaka? Poza tym nie tak sobie wyobrażałam orientalne jedzenie, na które napatrzyłam się z czasem w "Przyjaciołach”, w serialu, którego kultowi bohaterowi z apetytem jedli pałeczkami prosto z pudełek azjatyckie specjały z dostawą do domu. Chciałam tak. Tymczasem polski "chińczyk" – tak wtedy wszyscy na kuchnię wietnamską w kraju nad Wisłą mówili – to było dla mnie jakieś kompletne nieporozumienie. Przerost ryżu nad treścią. I ta kapusta! A mimo to wietnamska osiedlowa budka pękała od klientów w szwach. "Chińczyk", nie "chińczyk"… nie dało się ukryć, że ludzie na smak orientu w tempie ekspres za parę groszy mieli wtedy niezłą zajawkę. Tylko nie ja…

Archiwum prywatne
Podziel się

Chinatown z Jarmarku Europa

Minęło jakieś 10 lat… W Polsce zaczyna się panoszyć moda na orientalne restauracje z sushi oraz z tajskim jedzeniem… Drogo. Światowo. Elitarnie. Nie na każdą kieszeń. A już na pewno nie na kieszeń studentki. Problem tym większy, że studentka kulinarnie wrażliwa, otwarta i z wilczym apetytem na nowe smaki. I jak żyć? Ale ponieważ studentka ma oczy i uszy szeroko otwarte, któregoś razu pocztą pantoflową dowiaduje się, że na Stadionie X-lecia, zwanym szumnie Jarmarkiem Europa (czyli na dzisiejszym PGE Narodowym) mieści się pewne, schowane przed okiem zwykłego śmiertelnika kulinarne eldorado: bary dla handlujących na stadionie Wietnamczyków. I ja, czyli ta biedna studentka, tam wylądowałam. I to dopiero był orient express. Jak z kulinarnych filmów podróżniczych.

Na oczach przybyszów, w prymitywnych warunkach (sanepid tam raczej nie zaglądał), w monstrualnych wokach odbywała się wietnamska, gastronomiczna alchemia. To tam, zanim to się stało jeszcze modne, zjadłam pierwszą w swoim życiu zupę Pho za całe 6 złotych, przymykając oko na spłoszonego pod stołem karalucha. A w tle siorbanie, mlaskanie i bekanie "tubylców". Jak intensywne i dalekie było to dla mnie doświadczenie, w zderzeniu z ubogim, spolszczonym, osiedlowym "wietnamczykiem". To był Wietnam pełną parą. Dosłownie. Tak, tam było gorąco i parno. Niestety było, bo zanim na dobre zaczęłam odkrywać Wietnam na talerzu… Chinatown się zmyło.

Archiwum prywatne
Podziel się

Wietnam street food pod dachem

Ale ponieważ życie nie lubi próżni, warszawscy kupcy z Wietnamu i tak znaleźli dla siebie miejsce na polskiej ziemi. Jednym z adresów jest wielkie zadaszone targowisko przy Marywilskiej 44. I mimo że tutejszy bardziej fastfoodowy klimat wietnamskiej gastronomii nie ma już za wiele wspólnego ze stadionowym niegdysiejszym folklorem, a i dania są jakby bardziej szyte na miarę polskiego klienta (kaczych piskląt w jajkach i innych ekstremalnych specjałów raczej się nie spodziewajcie), ktoś kto pragnie odmiany na podniebieniu, tu ją znajdzie. I nie wyda fortuny.

A co kuchnia poleca? Na przykład szalenie modną wśród hipsterów zupę Pho z wołowiną lub kurczakiem i makaronem, posypaną szczypiorkiem i kiełkami. Z tą różnicą, że tu kosztuje ona nie 30 zł (jak w centrum stolicy) a 10 złotych. Państwa uwadze poleca się też zupa won ton z mięsnymi pierożkami na parze. Koszt ten sam. Oba dania sycą jak dwa w jednym. Poza tym są tu też: i kaczka, i wieprzowina oraz cielęcina. Ponadto tofu, ryby i owoce morza. W cieście lub bez, na ostro, a także słodko, z warzywami, z ryżem albo kluskami… I oczywiście klasyka gatunku – nieśmiertelne sajgonki. A i to tylko ułamek menu.

Po dobre azjatyckie dania nie trzeba wybierać się do stolicy czy innych większych polskich miast. Nawet mniejsze miejscowości mogą pochwalić się "chińczykiem" z sajgonkami, kaczką w pięciu smakach i gorącym bulionem. Tłumy klientów wewnątrz, mnóstwo zamówień "na wynos" mówią same za siebie. Warto pamiętać, że kiedy już się zapuścicie w rejony barów i nie będziecie wiedzieli, który lokal spośród paru zlokalizowanych obok siebie wybrać – kierujcie swoje kroki do tego, gdzie najwięcej Wietnamczyków siedzi, wedle niezawodnej, podróżniczej zasady: jedz tam, gdzie tubylcy, a będziesz zachwycony. Smacznego!

Archiwum prywatne
Podziel się

Zobacz także: Onigiri - japońska kanapka ryżowa

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.