Dyskont nie jest dla niej konkurencją. Pani Ania z warzywniaka o zakupach Polaków

Pobudka przed wschodem słońca, codzienny kocioł z warzywami i tak przez 6 dni w tygodniu. Pani Ania i jej mąż wyznają, że zimą sprzedają nawet 2 tony kapusty kiszonej (nie kwaszonej!) i edukują, że to, co błyszczące i ładne, nie zawsze jest zdrowe. Warzywniak na jednym z gorzowskich osiedli to dowód na to, że małe sklepiki z polskimi produktami sezonowymi nie są reliktem przeszłości, a wciąż ważnym punktem na mapach miast i miasteczek.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Pani Ania od 20 lat pracuje w branży. Warzywniak to jej drugi dom.
Pani Ania od 20 lat pracuje w branży. Warzywniak to jej drugi dom. (fot. Małgorzata Kijowska)

Małgorzata Kijowska, Wirtualna Polska: Jak długo prowadzi pani swój warzywniak?
Pani Ania: Zaczęliśmy w 1995 roku. Był marzec, tuż przed samymi świętami wielkanocnymi. Przejęliśmy go po poprzednich właścicielach. Mąż już wcześniej handlował warzywami, mieliśmy gospodarstwo ogrodnicze. Dlatego wybór padł na tę branżę. Czuliśmy się pewnie. Kupując sklep, byłam w ciąży z najmłodszą córką, więc na początku prowadzenie biznesu spadło głównie na męża. Z czasem zaangażowałam się bardziej. Pamiętam, jak było ciężko. Po nocach prałam, gotowałam. Ale młodzi byliśmy, trzeba było dawać radę. I tak do dzisiaj, z tym że dzieci już dorosłe, więc na spokojniej wszystko się robi. Jedna z córek pracuje razem z nami, ale spodziewa się dziecka, więc na wiosnę będzie nam pomagać starsza córka. Mam nadzieje, że któreś z dzieci przejmie warzywniak po nas. Zawsze to praca na swoim, a nie u kogoś.

A jaka to praca?
Warzywa to specyficzna branża. Jest chłodno, trzeba codziennie wcześnie wstać, pojechać po towar. Sama tego doglądam. Wiem, co kupić, jak i co wycenić, co mogę zrobić taniej. Można postawić za ladą kogoś i odciążyć nas, ale trzeba czasu, żeby przyuczyć. No i najważniejsze, żeby trafić na uczciwą osobę, która będzie się chciała zaangażować. Tak, jak wspomniałam, nie jest to lekka praca. Kiedy rano wypakuję busa, porozkładam wszystko, wycenię, uporządkuję dookoła, to przysiądę na chwilę. Bywało, że ktoś wchodził do sklepu i mówił: co, nudzi się tu pani samej? No jakże tu można się nudzić? Zimą to jeszcze jest spokojniej, ale latem... Kiedy jest kilka rodzajów pomidorów, różne ogórki, o owocach nie wspomnę. Trzeba mieć rozeznanie, co i jak poukładać. Jedno może leżeć na zewnątrz, słońce mu nie zaszkodzi. Drugie musi być w cieniu, bo zwiędnie. Nic nie może być przypadkowe. Doświadczenia nabiera się w trakcie pracy, z biegiem lat. Kiedyś wszystko bardzo przeżywałam. Mieliśmy inny kiosk, z okienkiem. Przychodziły klientki i patrzyły na przykład na pomidora, że on jakiś nie taki, ogórki oglądały ze wszystkich stron. Zaglądały do środka, czy może coś innego gdzieś schowane. Ja to bardzo przeżywałam, że może klientki nie są zadowolone. A teraz, z czasem, to już na spokojnie podchodzę. Zauważyłam nawet, że im mniej przeżywam, tym lepiej towar schodzi.

Sporo ma pani klientów?
Oj tak. Osiedle rozrosło się. Kiedyś było kilka bloków, teraz dookoła co chwilę coś nowego się buduje. Teraz sporo ludzi przechodzi tędy i przy okazji wchodzi do naszego sklepu. Są tacy, co po zrobionych zakupach stoją jeszcze przed sklepem i rozmawiają. A to z sąsiadką, a to z dawno niewidzianą znajomą, a to z kimś przypadkowym, z kim akurat wspólny temat się trafił. Są i tacy, co robią w biegu wszystko. Trzeba jednak znaleźć chociaż chwilę na rozmowę z drugim człowiekiem. Chyba zawsze mniejsze sklepy to było takie miejsce spotkań. Najbardziej widać to na wsiach, ale tam ludzie bardziej się znają, są mniejsze społeczności.

Blisko pani jest dyskont, ma go pani dosłownie za plecami. Jaki to ma wpływ na pani sklep? Odczuła pani, jak powstał?
Nie, raczej nie. Kiedyś w tym miejscu był duży sklep, SAM, jak to się kiedyś mówiło. Bałam się, że kiedy otworzą dyskont, to możemy stracić klientów. Okazało się jednak, że nasi stali klienci zostali z nami. Jak mówiłam, osiedle rozbudowuje się, dochodzą nowi ludzie. Część z zasady woli markety, a część szuka właśnie takich niewielkich sklepów, jak nasz. Niektórzy trafiają do nas przez przypadek, bo chcieli kupić coś w dyskoncie, a tego nie było. Z konieczności zaglądają do nas i czasem są zdziwieni, że taki sklep tu jest, bo jakoś do tej pory nie zwracali uwagi. Część takich osób potem do nas wraca. Nie uważam więc dyskontu za konkurencję. Przy dużym to i mniejszy się naje. Gdybyśmy byli gdzieś na uboczu, to pewnie i tylu klientów by nie było, a tak, to niektórzy po drodze także do nas wchodzą.

Jacy klienci do pani przychodzą?
Najwięcej jest emerytów i młodych osób z małymi dziećmi. Oni na spokojnie chodzą po osiedlu i często podczas spaceru zaglądają po zakupy. Ci, co z pracy wracają, to najczęściej spieszą się, więc albo szybkie zakupy u nas, albo biegiem do dużego sklepu, bo tam kupią wszystko. Przekrój jest naprawdę spory. Od pań, co w biurach pracują, przez młode mamy, kobiety pracujące w dużych zakładach, po emerytów. Dla nich wyjście po zakupy to świetna okazja do spotkania i porozmawiania. Są też młodzi mężczyźni wyręczający swoje żony i pomagający im w zakupach.

Czy ma pani swoich stałych i zaprzyjaźnionych klientów? Takich, których pani pamięta i wie, co najczęściej kupują?
Tak, mam takich klientów. Nie wszystkich znam z imienia, ale często pamiętam, jakie robią zakupy, jaka to rodzina, co jedzą najchętniej. Niektórzy od lat te same jabłka na przykład kupują. I to mnie cieszy. Bardzo się staramy, aby u nas było zawsze świeżo. Od 20 lat pracujemy na zaufanie. Przywozimy towar dobrej jakości i to miłe, że klienci to doceniają.

Gdzie państwo się zaopatrują?
Najczęściej na giełdzie rolno-spożywczej. Cześć produktów mamy z gospodarstwa należącego do teścia, część od znanych i zaufanych gospodarzy. Od nas mamy nowalijki, zieleninę, por. W sezonie pomidory mamy swoje, chociaż tego lata to mizernie było ze zbiorami. Chyba zbyt deszczowe lato zaważyło, że pomidory słabo u nas obrodziły. Ale na nowalijki wiosną zapraszam! Warzywa okopowe bierzemy od jednego producenta, cały czas tego samego. Człowiek przywiązuje się do dostawców. Jajka na przykład mam od kuzynki i zaufanej gospodyni. Takie swojskie, dobre. Mam też jednak fermowe, bo takich moi klienci też szukają. Staramy się, aby każdy klient znalazł u nas coś dla siebie.

Jak wygląda pani dzień?
Pobudka o 4:45 teraz, ale latem to już o 4:00. Na giełdę, do zaprzyjaźnionych rolników, a potem z towarem do sklepu, żeby zdążyć otworzyć o 8:00. W sklepie jestem mniej więcej do 18:00. Potem do domu. Trzeba posprzątać, coś zjeść, ugotować na następny dzień. Ostatnio zaczęłam chętniej gotować zupy, bo łatwo je tutaj odgrzać. Jak już się człowiek wyrobi ze wszystkim w domu, to pora spać, bo na drugi dzień pobudka wcześnie rano. I tak od poniedziałku do soboty. W niedzielę zawsze odpoczywamy.

fot. Małgorzata Kijowska
Podziel się

Jak zmieniły się gusta klientów na przestrzeni lat?
Kiedyś, na samym początku, sprzedawałam sporo produktów przywożonych z Niemiec. Ludzie byli zafascynowani Zachodem i tymi wszystkimi kolorowymi opakowaniami. Wtedy raczej nikt, albo prawie nikt, nie myślał o zdrowym jedzeniu. Teraz widać to zwłaszcza u młodych ludzi, że kupują na przykład kiełki. Kiedyś się tym nie handlowało. Kiełki pojawiły się kilka lat temu i były dostępne tylko w dużych sklepach. Na giełdach nie było ich widać. Od pewnego czasu mamy je w sprzedaży i naprawdę cieszą się dużym wzięciem. Imbir, dynia, to też dobrze sprzedaje się od niedawna. Pamiętam, że w początkach naszej działalności, jedna z klientek zamówiła dynię. Jedną sztukę. I tę jedną sztukę przywiozłam specjalnie dla niej, bo nikt więcej nie pytał się o dynię. Teraz jest moda na jarskie potrawy. Niektórzy w ogóle nie jedzą mięsa, wybierają zieleninkę. Jest coraz większy wybór, zwłaszcza latem. I ja się cieszę jak mam takich klientów.

Czy zauważyła pani zmiany przyzwyczajeń u swoich klientów?
U tych starszych nie, oni kupują teraz to samo, co kiedyś. Z większą nieufnością podchodzą do nowego. Młodzi za to są bardziej otwarci na nowe smaki, nowe potrawy. Potrafią łączyć, wymyślać. Ale jedną z moich klientek udało się po 20 latach przekonać, aby zmieniła upodobania odnośnie do jabłek. Zawsze kupowała jedną odmianę, a ja namawiałam ją do choćby spróbowania czegoś innego. Po 20 latach udało się i teraz jest bardzo zawiedziona, jak nie ma jej ulubionych. Tych nowych oczywiście. Mam też klientów, którzy codziennie kupują kiszoną kapustę. Dzień w dzień odkąd pamiętam. Młodzi często sami dopytują się o produkty, które są akurat modne. Podchodzą do zakupów elastyczniej, z większą ciekawością nowości. Zmieniają swoje przyzwyczajenia.

Czy pani klienci zwracają uwagę na pochodzenie produktów? Preferują polskie, zagraniczne, czy jest im obojętnie?
W znaczącej większości wybierają nasze polskie produkty. O ile oczywiście są dostępne akurat w sprzedaży. Na przykład zimą, kiedy naszych polskich pomidorów nie ma, to zagranicznych nie kupują. Mam całkiem sporo takich klientów, którzy wolą nie zjeść i poczekać na nasze rodzime. Jednak nasze jest smaczniejsze i nie musi być konserwowane do transportu. Niektórzy pytają, czy jabłka, które mamy są na pewno polskie. Ale po jabłkach to raczej widać, czy są nasze. Po co kupować zachodnie skoro Polska jest podobno jednym z największych producentów jabłek? Zupełnie tego nie rozumiem. Widocznie jednak są na to chętni, bo w przeciwnym razie nikt by tego nie sprowadzał. Może dlatego, że szukają ładnych, z piękną i błyszczącą skórką, bez żadnych skaz. Nie każdy rozumie, że nie da się, aby coś było ekologiczne i zdrowe, a jednocześnie piękne i bez skazy. W dużych sklepach można kupić piękną marchewkę. Często wyszorowaną i nawet wypolerowaną. Są do tego specjalne maszyny, spod których wychodzą takie śliczne marchewki. Są klienci, którzy krzywią się, widząc brudną od ziemi marchew. Tylko że taki okaz jest zdrowszy, a przez to, że nie jest wyszorowany, to nie zepsuje się tak szybko. Ludzie młodzi myślą trochę inaczej niż starsi. Nie zastanawiają się chyba, dlaczego coś jest piękne i czy na pewno musi wizualnie być nieskazitelne. Czasem obserwuję, jak ktoś długo wybiera, przerzuca w skrzynkach. Myślę, że zaraz mi przyniesie całą torbę, a tu 2-3 sztuki. Najładniejsze, starannie wybrane. I czasem tak myślę, czy jakby mieli swoje działki, to też przebieraliby tak w poszukiwaniu najpiękniejszych okazów? A co z resztą? Zostałaby na polu? Myślę, że tacy ludzie nie mieli nigdy styczności z powstawaniem żywności. Może myślą, że tylko piękne jest wartościowe, a to, co brzydsze nie jest warte uwagi? Chociaż u nas, w Polsce, zbiera się z pól jak najwięcej. Mało się marnuje u producentów
.
Zbliżają się święta. Czy pani klienci robią duże zakupy? Czy faktycznie kupują na te dwa-trzy dni, czy może więcej?
Dużo kupują. Nam się wydaje, że wszystko w domu musi być. Nie może niczego zabraknąć. Może zachce się nam tego, a może tamtego. Pewnie dlatego kupujemy takie ilości. Dla nas handlowców to dodatkowa praca, ale też i zarobek. Choć niestety śmietniki potem pękają w szwach. Chociaż powiem pani, że niektórzy faktycznie tyle przejadają. Przed świętami najwięcej sprzedajemy kapusty kiszonej, bo około 2 tony. Kiszonki w ogóle sprzedają się u nas dobrze, bo my mamy prawdziwe kiszone, a nie dokwaszane octem. Zdarzają się nawet klienci, którzy proszą, aby im odlać soku z kapusty czy wody z ogórków.

Czy szewc bez butów chodzi? Czy zdarza się pani zapomnieć zakupów z własnego sklepu?
Oj tak! Wczoraj zachciało mi się zupy ogórkowej. Zabrałam się za jej gotowanie, ale okazało się, że niestety ogórków nie mam. Skończyło się na krupniku. Jednak dla wnuczki zawsze muszą być owoce, bo je po prostu uwielbia. Nasze dzieci warzywa lubią, ale już za owocami nie przepadały nigdy. Wnuczka za to uwielbia. Latem często robimy sobie koktajle, na przykład z truskawek i mleka. Najchętniej w takiej formie zjadamy owoce.

Czy spotkała się pani z niecodziennymi prośbami-zamówieniami od klientów?
Chyba nic mnie nie zaskoczyło jakoś specjalnie, ale miałam panią, która pytała o brukiew. Nie udało mi się jej zdobyć niestety. U nas na rynku hurtowym jest nie do kupienia jak na razie. Ale zdaje się, że zaczyna wracać do łask, więc może niebawem będzie.

Czy klienci zaskakują panią pytaniami?
Zdarzają się takie sytuacje. Kiedyś pewna pani zadała mi pytanie, czy ogórki są mocno ukiszone, czy raczej bardziej świeże. To była późna jesień, więc wiadomo, że te ogórki były już jakiś czas temu zakiszone. Nie mogą być świeże, bo przecież o tej porze roku nie ma ogórków gruntowych. Nie można ich przechować, żeby kisić na świeżo. Pewnie wynikało to z tego, że kapustę kisi się cały rok i pytanie było niejako z automatu, bez zastanowienia. Inną kwestią jest naiwność niektórych ludzi. Choćby sytuacja sprzed paru dni. Przychodzi pani i pyta, czy dostanie śliwki. Mówię, że nie ma już naszych śliwek, a ona dziwi się, bo przecież widziała gdzieś w innym sklepie. Próbowałam jej wytłumaczyć, że już jest zimno, że na drzewach nie ma prawie liści, więc skąd ktokolwiek może mieć polskie śliwki. Pewnie ktoś miał zagraniczne i przekonywał klientów, że to polskie.

Czy lubi pani swoją pracę?
Bardzo lubię. Lubię kontakt z ludźmi, choć czasem bywam bardzo zmęczona. To nie jest lekka praca. Trzeba wstawać bardzo wcześnie, nadźwigać się skrzynek i worków. Mimo wszystko lubię to. Gdzie znalazłabym tyle uśmiechu od innych?

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.