Trwa ładowanie...

Dla dobra córki musiała wcielić się w rolę spożywczego Sherlocka Holmesa

Zaczęło się od poszukiwania zdrowej żywności, wolnej od chemii i konserwantów dla chorej córki. Dziś z ich wirtualnego targu korzysta ponad 50 tysięcy rodzin z całej Polski. Pomysłem zainteresował się nawet Robert Lewandowski. Sylwia Modic w rozmowie z WP Kuchnia opowiada o początkach Lokalnego Rolnika i zdradza, jak nie dać się oszukać, kupując ekologiczne produkty.

Sylwia i Andrej Modic, założyciele Lokalnego Rolnika Sylwia i Andrej Modic, założyciele Lokalnego Rolnika Źródło: Archiwum prywatne
d4hiooh
d4hiooh

WP: Kuchnia: Jako pierwsi w Polsce stworzyli państwo wirtualny targ dla rolników. Skąd taka potrzeba?

Sylwia Modic: Najważniejszą potrzebą, jaka stoi u źródła naszej decyzji o założeniu Lokalnego Rolnika była choroba naszej córki. Zarja od najmłodszych lat choruje na autyzm. Towarzyszy temu silne uczulenie na konserwanty i sztuczne dodatki do żywności, przez które niejednokrotnie lądowaliśmy z nią w szpitalu. Ciągłe zwolnienia lekarskie na opiekę nad Zarją przysporzyły też kłopotów zawodowych, a ostatecznie doprowadziły do zwolnienia mnie z pracy.

Byliśmy zdeterminowani, żeby znaleźć wreszcie takie produkty spożywcze, jakie moglibyśmy podawać córce bez obaw o jej zdrowie. Pojawiła się też potrzeba znalezienia nowego zajęcia zarobkowego. Gdy wykiełkowała w naszych głowach myśl o tym biznesie, okazało się, że jesteśmy w stanie stworzyć wspólne rozwiązanie obu tych problemów.

Państwa córka musi stosować specjalną dietę. Skąd zaczęli państwo brać produkty?

Jak już wspomniałam, Zarja jest uczulona na konserwanty i sztuczne dodatki do żywności. Większość produktów dostępnych w tamtym czasie w sklepach niestety była nimi przeładowana. To sprawiało, że zaczynało nam brakować pomysłów na to, co podawać dziecku do jedzenia. Zaczęliśmy regularnie kupować na lokalnych bazarach, również tych ekologicznych, a także w sklepach z tak zwaną zdrową żywnością. Z Zarją było już nieco lepiej, choć stan jej zdrowia wciąż pozostawiał wiele do życzenia. Czuliśmy, że nie możemy na tym poprzestać, że musi być jeszcze jakieś inne rozwiązanie, które pozwoli nam, a zwłaszcza córce, na normalne życie.

Danie jednogarnkowe w kwadrans. Pomysł na szybki i syty obiad z makaronem

Postanowili państwo zaopatrywać się w sieci marketów z produktami ekologicznymi. Okazało się, że córka i tak miała uczulenia.

Kupiłam kiedyś w ekologicznym sklepie cukinię. Kilogram kosztował 44 złote. To była bardzo wysoka cena, ale cukinia miała certyfikat ekologiczny. Na opakowaniu było napisane, że produkt pochodzi z gospodarstw ekologicznych z Unii Europejskiej. Niestety uczuliła Zarję. Zapewne musiała zawierać konserwanty niezbędne do utrzymania jakości produktu, który musiał przebyć bardzo daleką drogę. Powoli zaczynaliśmy łączyć wszystkie "kropki".

d4hiooh

Doszliśmy do wniosku, że skoro marketowe warzywa i owoce z certyfikatem ekologicznym nie gwarantują nam sukcesu, ponieważ muszą za każdym razem przebyć mnóstwo kilometrów, zanim dotrą na talerz naszej córki, to być może tu leży pies pogrzebany. Długi łańcuch dystrybucji sprawia, że nawet eko produkty muszą zostać w odpowiedni sposób zabezpieczone, by dotarły do sprzedaży w stanie atrakcyjnym dla konsumenta. Dla jednej osoby nie będzie to problemem, ponieważ jej organizm zareaguje na to normalnie, u drugiej – jak w przypadku naszej córki – skończy się silną reakcją alergiczną i wizytą w szpitalu.

Wcieliła się pani w spożywczego Sherlocka Holmesa, jaka sama to pani określiła. Czuli się Państwo bezsilni?

Za każdym razem lekarze próbowali walczyć z chorobą Zarji za pomocą antybiotyków lub sterydów, co było wykańczające nie tylko dla jej organizmu, ale również dla nas jako rodziców, ponieważ leczenie nie pomagało, a my czuliśmy się coraz bardziej bezsilni, nie mogąc znaleźć odpowiedniej pomocy dla naszego dziecka. Za punkt honoru postawiliśmy sobie zdobycie dla córki takiego jedzenia, które w żaden sposób nie będzie zagrażało jej zdrowiu. I faktycznie doszło do tego, że musiałam wcielić się w rolę spożywczego Sherlocka Holmesa. Przed włożeniem czegokolwiek do koszyka studiowałam etykiety od deski do deski.

Na zakupy na targowiskach, brałam ze sobą Zarję w wózku i na każdym straganie opowiadałam pokrótce jej historię, by zdobyć faktycznie tylko te produkty, które wytwarzane były w sposób zrównoważony i nie pokonywały "żywnościokilometrów", zanim trafiły do sprzedaży. Nagle okazywało się, że nie każdy produkt w sklepach ze zdrową żywnością jest faktycznie zdrowy dla córki albo że jedynie mała część asortymentu na bazarowym straganie faktycznie pochodzi z małych, naturalnych upraw, a nie giełd rolnych lub z importu, nawet gdy w Polsce akurat trwa na niego sezon. Sprzedawców sumienie ruszało dopiero wtedy, gdy dowiadywali się, że ich chęć zysku może zrujnować zdrowie małego dziecka, na które patrzą.

d4hiooh

Jak selekcjonowali państwo rolników, z którymi współpracujecie?

Kiedy okazało się, że w Warszawie nie jesteśmy w stanie zrobić kompletnych, bezpiecznych dla Zarji zakupów spożywczych, ruszyliśmy w trasę. I to dosłownie. Zaczęliśmy odwiedzać okolice miasta i na własną rękę poszukiwać rolników i przydomowych manufaktur. To było bardzo czasochłonne, ale okazało się, że warte zachodu. Osobiście poznawaliśmy ludzi, od których kupowaliśmy jedzenie. Wypytywaliśmy ich, jak uprawiają ziemię, w jaki sposób hodują zwierzęta, jak wytwarzają produkty.

Byliśmy oprowadzani po gospodarstwach i manufakturach, gdzie na własne oczy mogliśmy się przekonać, że ich opowieści mają pokrycie w rzeczywistości. Po takich objazdowych, weekendowych zakupach bezpośrednio u rzemieślników wracaliśmy z bagażnikiem jedzenia bezpiecznego dla naszej córki. Mało tego, wszystkie produkty były genialne w smaku, co w szczególności docenił mój mąż Andrej, który pochodzi ze Słowenii – kraju o bardzo wysokiej świadomości kulinarnej, gdzie jakość i pochodzenie tego, co ląduje na talerzu ma dla ludzi ogromne znaczenie. Od zawsze prowadziliśmy otwarty dom. Odwiedziny bliskich czy znajomych są naturalnie wpisane w naszą codzienność. A ponieważ gotowanie jest jedną z naszych pasji, tym, co udało nam się kupić, częstowaliśmy także naszych gości. I oni pokochali smaki, które przypominały im o dzieciństwie u dziadków na wsi. Mleko nareszcie smakowało mlekiem, sery, wędliny, mięso i ryby diametralnie różniły się od tych z marketów, a warzywa i owoce pachniały i smakowały, jak powinny.

d4hiooh

Jak nietrudno się domyślić, rodzina i przyjaciele zaczęli nas prosić o to, żebyśmy przy okazji naszych cotygodniowych zakupów objazdowych, przywozili produkty także dla nich. W pewien sposób staraliśmy się odwzorować w Polsce to, co robi rodzina Andreja, skrzykując się z sąsiadami do wspólnego zaopatrywania lodówek u lokalnych rolników i wytwórców. Robiliśmy zbiorowe zakupy u zaufanych rzemieślników z okolic dla siebie, bliskich i znajomych, które rozdzielaliśmy po powrocie do Warszawy.

Z czasem jednak bagażnik w naszym samochodzie okazał się zbyt mały na tak duże zamówienia. Wtedy postanowiliśmy przenieść naszą rodzinno-przyjacielsko-sąsiedzką inicjatywę do internetu i stworzyć wirtualny system zamawiania zrównoważonego jedzenia ze sprawdzonych źródeł. Zaczynaliśmy od współdzielonego arkusza kalkulacyjnego, w którym wpisywało się swoje zamówienie. Na Lokalnego Rolnika w takiej formie, w jakiej działa dziś, przyszła pora dopiero później, gdy okazało się, że nasz pomysł staje się coraz bardziej popularny – nawet wśród osób, których osobiście nie znaliśmy, a które dowiedziały się o nas z polecenia innych.

Sylwia i Andrej Modic Archiwum prywatne
Sylwia i Andrej Modic przy pracy Źródło: Archiwum prywatne

Wówczas nie było w Polsce żadnego innego portalu tego typu...

Nasz pomysł był na tyle innowacyjny, że udało nam się pozyskać dotację z Funduszy Europejskich, która pomogła nam w uruchomieniu serwisu. Wielu wytwórców, których odkryliśmy, "zwiedzając" okolice Warszawy, by zakupić jedzenie dla Zarji, jest z nami do dziś i z ogromnym powodzeniem sprzedają swoje produkty na Lokalnym Rolniku. Od tamtego czasu w naszym podejściu do weryfikacji rzemieślników nie zmieniło się nic. Dopuszczając do sprzedaży kolejnych rolników i wytwórców, w dalszym ciągu zaczynamy od tego, by dokładnie poznać warunki upraw, hodowli i przygotowywania jedzenia, skrupulatnie sprawdzamy składy każdego produktu, zanim trafi on do oferty.

d4hiooh

Dzięki temu klienci naszego wirtualnego targu nie muszą martwić się o to, że kupią cokolwiek, w czym znajdują się zbędne konserwanty, sztuczne dodatki czy jakakolwiek chemia, co nie jest uprawiane w sposób zrównoważony lub co pochodzi z hodowli, gdzie nie szanuje się zwierząt. Jednym słowem: na naszym portalu sprzedawane są tylko te produkty, które bez żadnych wątpliwości moglibyśmy zaserwować dziś już nastoletniej Zarji.

Panuje powszechne przekonanie, że kupowanie ekologicznych warzyw jest dużo droższe niż w na targach czy w sklepach. Czy to prawda?

Owszem, produkty z certyfikatem ekologicznym są droższe od konwencjonalnych. Zwłaszcza w Polsce, gdzie – w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej – rolnictwo ekologiczne wciąż jeszcze jest w początkowej fazie rozwoju. Wynika to przede wszystkim z tego, że sam proces certyfikacji jest kosztowny i musi być regularnie odnawiany. Po drugie, produkcja ekologicznej żywności jest o wiele bardziej czaso- i kosztochłonna, a przy tym daje o wiele mniejsze plony. W dodatku wciąż jeszcze popyt na certyfikowane produkty jest stosunkowo niski. To z kolei jest spowodowane wysokimi cenami takich produktów. A wysokie ceny nie biorą się bez przyczyny.

d4hiooh

Gospodarstwa ekologiczne, by były rentowne, są niejako zmuszone do tego, by wyceniać swój asortyment drożej niż konwencjonalną żywność. I tu koło się zamyka. Tylko zwiększenie popytu może w tym przypadku zmniejszyć ceny jedzenia z certyfikatem ekologicznym. O wiele większe jest zainteresowanie Polaków produktami rolnictwa zrównoważonego, czyli wytwarzanymi w modelu, który spełnia cele środowiskowe, ekonomiczne i społeczne, zapewniając m.in. płodozmian, bioróżnorodność upraw, dobrostan zwierząt, redukcję emisji gazów cieplarnianych, efektywne wykorzystywanie zasobów wodnych, stabilność finansową gospodarstwom, a także przestrzeganie praw i dbałość o bezpieczeństwo ich pracowników. Mają one również niższe ceny od produktów rolnictwa ekologicznego.

W Lokalnym Rolniku ważniejsze od posiadania przez wytwórcę czy rolnika certyfikatu ekologicznego jest dla nas to, by jedzenie pochodziło ze zrównoważonych upraw i hodowli, które osobiście sprawdzamy, od rzemieślników, do których mamy zaufanie.

Zarja Archiwum prywatne
Córka pary Zarja Źródło: Archiwum prywatne

Jak wiele sprzedawcy przed nami ukrywają? Jakie stosują sztuczki czy hasła, abyśmy nabrali się na "ekologiczne" produkty?

Niestety wciąż wielu sprzedawców i producentów próbuje żerować na niskiej świadomości społeczeństwa na temat produktów certyfikowanych. Wielu z nich nazywa na etykietach swoje produkty ekologicznymi, eko lub eco, choć nie stoi za tym żaden certyfikat. Podobnie nadużywane są takie określenia, jak: bio, organiczny, organic czy naturalny. A ponieważ większość konsumentów kupuje "oczami", to jest skłonna skusić się na taki pozornie ekologiczny asortyment, zwłaszcza gdy sprzedaje się go w atrakcyjnej cenie. Wciąż mały odsetek osób zdaje sobie sprawę z tego, że ekologiczny produkt musi być oznaczony w specjalny, dokładnie sprecyzowany sposób – tzw. zielonym listkiem, który symbolizuje przyznany przez odpowiednią jednostkę certyfikat.

d4hiooh

Sam zielony listek też bywa podrabiany. Inną sztuczką, którą zauważyliśmy zwłaszcza w sklepach wielkopowierzchniowych, jest stawianie żywności konwencjonalnej zaraz obok ekologicznej. Ma to najpewniej dać złudzenie, że cały asortyment z danego standu czy półki jest eko, a w rzeczywistości pomóc w sprzedaży tego, co zalega na magazynach i co opatrzone jest niezwykle atrakcyjną ceną. Te i inne nieuczciwe praktyki rynkowe, na które "łapie" się ogromna rzesza konsumentów, są dla nas doskonałym dowodem na to, jak wiele jeszcze musi się zadziać u podstaw, czyli w aspektach edukacyjnych. Mamy co robić.

Podobno waszym przedsięwzięciem zainteresował się Robert Lewandowski?

Zgadza się, Robert Lewandowski wraz z żoną zainwestowali w nasz portal w 2015 i 2016 roku, za pośrednictwem funduszu inwestycyjnego Protos Venture Capital. Dzięki zastrzykowi gotówki od inwestorów udało nam się poszerzyć ekspansję w Polsce, a także rozwinąć funkcjonalności portalu.

Ile rodzin obecnie korzysta z Lokalnego Rolnika?

Obecnie z naszego portalu korzysta ponad 50 000 rodzin z całej Polski. W zeszłym roku udało nam się uruchomić dostawy na terenie całego kraju. Wciąż z powodzeniem działają też punkty odbioru w Warszawie, Krakowie, we Wrocławiu i w aglomeracji śląskiej, od których zaczęła się nasza historia dostarczania świadomym ludziom prawdziwego jedzenia prosto od sprawdzonych rolników i rzemieślników. Mamy nadzieję, że nasz wirtualny targ będzie się rozwijał i pozwoli nam realizować naszą nadrzędną misję, czyli dążenie do tego, by świat stawał się coraz bardziej zrównoważony

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d4hiooh
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d4hiooh
Więcej tematów