Latosowo - prywatny raj na ziemi

Kilka lat temu porzucili wielkomiejskie życie w Warszawie. Osiedlili się na wschodzie Polski w Kosowie Lackim, gdzie odnaleźli swoje miejsce na ziemi. Z daleka od miasta żyją w zgodzie z naturą i wreszcie są szczęśliwi. Nazwali to miejsce Latosowem. Z Kasią i Bartkiem Latos, właścicielami gospodarstwa agroturystycznego mieszkającymi w domu z bali i cieszącymi się tym, co daje im matka ziemia, rozmawiamy o życiu, pracy i pasji byłych „mieszczuchów”.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Latosowo. Dom państwa Latos
Latosowo. Dom państwa Latos (Archiwum prywatne)

Karolina Wójciga: Sami o sobie mówią państwo, że są uciekinierami z miasta. Dlaczego i kiedy opuścili państwo wielkomiejską dżunglę?
Kasia Latos: Zarówno ja jak i mój mąż jesteśmy typowymi mieszczuchami, urodzonymi i wychowanymi w mieście. Jednak zawsze ciągnęło nas łono natury. Kiedyś obliczyłam, że w Warszawie stoję w korkach ok. 2 godz. dziennie. Kiedy pomnożyłam to przez pięć roboczych dni w tygodniu, otrzymałam 10 godz., miesięcznie ok. 40, a rocznie 480! Co daje około 20 dni w roku spędzonych w korkach! Szkoda życia. Zaczęliśmy więc zastanawiać się nad przeprowadzką na wieś i założeniem tam gospodarstwa, co było o tyle łatwe, że Bartek jest zootechnikiem z rolniczym wykształceniem. Wzięliśmy głęboki oddech i podjęliśmy decyzję o przeprowadzce.

Dlaczego wybrali państwo Kosów Lacki?
Bartek Latos: Założyliśmy sobie, że szukamy ziemi z zadrzewionym siedliskiem. Najpierw szukaliśmy nad naszą ukochaną Biebrzą, jednak bezskutecznie. Obejrzeliśmy mnóstwo oferowanych działek z ogłoszeń, byliśmy nawet w okolicach Braniewa. I z tą ofertą wiąże się zabawna historia.
KL: Tak! Ogłoszenie brzmiało jak bajka, dlatego mimo znacznej odległości od Warszawy postanowiliśmy odwiedzić to miejsce. W ogłoszeniu napisane było, że na oferowanej działce jest starodrzew, piękny zadbany poniemiecki budynek z czerwonej cegły, folwarczna zabudowa oraz staw. A to wszystko w bardzo okazyjnej cenie. Jednak na miejscu okazało się, że nic się nie zgadza. Obiekt był w rozsypce, do tego pełen podejrzanych lokatorów o ogorzałych twarzach, ani śladu starych drzew, zamiast folwarcznych zabudowań był zwykły prostokątny budynek z szarej cegły, a stawu ani widu. Właściciel na nasze pytania odpowiedział, że lokatorzy to nie problem i jak się ich poprosi, to się sami wyprowadzą. A jeśli chodzi o starodrzew, wskazał palcem jakieś nieduże śliwy i stwierdził, że sam z „łojcem” je sadził, a że stary jest, to te śliwy też są stare (śmiech). Zapytany o staw, wskazał jakiś dołek i powiedział, że jak mocno popada albo są roztopy, to stoi tam woda i da sobie rękę uciąć, że widział tam ryby! (śmiech).
BL: Natomiast ogłoszenie o ziemi pod Kosowem Lackim lakonicznie informowało, że jest do sprzedania ziemia rolna w jednym kawałku. Kiedy dotarliśmy na miejsce, oniemieliśmy. To było to! Okazało się, że działka miała kawałek lasu, ziemię orną oraz przepiękny starodrzew. Jak potem dowiedzieliśmy się od mieszkańców, w tym miejscu przed wojną było gospodarstwo z domem i sadem. Po domu został ledwie dostrzegalny ślad w chaszczach, ale za to rośliny przetrwały. Było dość blisko do najbliższego miasta – 5 km, ale dość daleko od cywilizacji. Na naszym gospodarstwie droga się kończy, dalej jest nieprzejezdna. Odległość od Warszawy to raptem 120 km. Uznaliśmy, że właśnie tu wybudujemy nasz dom, który idealnie wpisze się w krajobraz. Przenieśliśmy dwie stare chałupy z bali, które połączyliśmy w jeden duży dom.

Jak zostali przyjęci państwo przez mieszkańców Kosowa Lackiego? Czy nie było to coś w sensie „mieszczuchy przyjechały i chcą żyć na prawdziwej wsi”?
KL: Oczywiście reakcje były różne. Plotki, jakie do nas docierały, mówiły o tym, że niektórzy uważają nas za pomyleńców, bo większość osób, zwłaszcza młodych, stara się uciec do większych miast, a szczytem marzeń jest Warszawa (śmiech). Ale w kontaktach bezpośrednich spotkaliśmy się z dużą życzliwością i pozytywnym zainteresowaniem naszą rodziną. Myślę, że również nasza chęć poznania np. lokalnej kuchni i tradycji pomogły nam w nawiązaniu dobrych relacji z okolicznymi mieszkańcami.

Kasia i Bartek Latosowie Archiwum prywatne
Podziel się

Dom z bali niedaleko parku krajobrazowego i Bugu. Brzmi cudownie. Czy można powiedzieć, że Latosowo to taki mały raj na ziemi?
BL: Myślę, że na to pytanie nie mogę odpowiedzieć. Lepiej zadać je naszym gościom (śmiech).

Ale goście wracają do waszego gospodarstwa?
BL: Jesteśmy młodą agroturystyką, działamy dopiero od niecałego roku, ale mamy już gości, którzy do nas wracają.

Co ich przyciąga?
BL: Z myślą o gościach wybudowaliśmy drugi dom tuż obok naszego siedliska. Przenieśliśmy stary dom z bali, rozbudowaliśmy go nieco, dołożyliśmy taras z podcieniem i ganki. Wokół niego tworzymy żywe konstrukcje z wierzby: domki, płotki, tunele. W domu gościnnym na parterze jest kuchnia, gdzie mamy zarówno starą kaflową kuchnię z piecem chlebowym oraz wędzarnią, jak i nowoczesny sprzęt - zmywarkę, piekarnik itd. Obok jest spora sala, która służy za salę szkoleniową oraz za jadalnię, a w niej zacierany gliną kominek. Na poddaszu znajdują się pokoje gościnne. Wiele sprzętów do tego domu robimy, sami inspirując się ideą recyklingu. Tak więc łóżka są z palet, lampy z butelek, szafki ze skrzynek, a umywalka osadzona w starej beczce.
KL: Uprawiamy także własne warzywa, zioła i owoce. Naszym gościom oferujemy kuchnię opartą głównie o własne produkty. Robimy też mnóstwo domowych przetworów, sami warzymy piwo, robimy nalewki. Podpuszczkowe sery zarówno z mleka koziego, jak i krowiego są naszą specjalnością. Fascynuje nas również kuchnia pierwotna, taka, jaka była dawniej. Dlatego zgłębiamy wiedzę o roślinach rosnących wokół nas i przyrządzamy potrawy z jadalnych chwastów. A ogromną atrakcją dla dzieci są zwykle zwierzęta w naszym gospodarstwie. Mamy stado kóz, dwa koniki, kaczki, kury i króliki. Podczas spacerów po okolicy można podpatrzeć czarnego bociana - naszego Czarnego Wojtka i żurawie. Nieopodal swoje miasto mają borsuki, pod nasze domy podchodzą sarny, a w naszej plantacji wierzby energetycznej w zeszłym roku leże miała łania i tam wychowała dwa młode.

Bartek Latos Archiwum prywatne
Podziel się

Mówią państwo, że są pasjonatami dobrej, ekologicznej kuchni. Zatem, co na co dzień ląduje na państwa talerzach?
KL: Jadamy to, co naszym zdaniem jest smaczne. Lubimy zarówno tradycyjną polską kuchnię, staropolską czy też kuchnię opartą na rodzimych roślinach. Ale bliska nam jest także kuchnia śródziemnomorska i japońska. Dlatego raz na naszym talerzu pojawi się królik w kapuście, innym razem sałatka z ośmiornicy, a w kolejnym dniu zupa z pokrzywy czy sałatka z chwastów. Pijamy głównie owocowe kompoty, syropy z własnych truskawek, z pędów sosny, mniszka czy kwiatów bzu czarnego. Zbieramy i suszymy rozmaite kwiaty, liście krzewów i drzew, z których zaparzamy potem herbatki. Naszą popisową herbatką, którą nazywamy rozkwitającą słowiańską, jest mieszanka suszonych kwiatostanów bzu czarnego, suszonych bazi wierzbowych oraz kwiatów forsycji.
BL: Bywa, że nasze codzienne posiłki wyglądają jak przyjęcie. Często zdarza się, że wyskakujemy z rana do ogrodu zerwać dziko rosnący podagrycznik czy gwiazdnicę do jajecznicy albo by zerwać młode pędy chmielu, które ugotowane na szybko i podane z oliwą, octem winnym i czosnkiem są przepyszne w smaku! Sami robimy i wędzimy wędliny. Mamy do dyspozycji jaja od najszczęśliwszych pod słońcem kur (śmiech). Latem jadamy pomidory i ogórki prosto z krzaka, jeszcze ciepłe słońcem. Często eksperymentujemy i szukamy nowych przepisów.
KL: Tak na naszym stole zagościły obłędnie smaczne kapary z nasion nasturcji. Zajadamy się suszonymi pomidorami z ziołami własnej roboty. A jarmuż odkryliśmy parę lat temu, zanim stał się modny i uprawiamy go w ogródku warzywnym. Robimy z jego dodatkiem zupy i np. pulpety kacze zapiekane w jarmużu. Gościom smakują także zupy z nietypowych kiszonek. Najpierw nieśmiało sięgają po pierwszą łyżkę, a potem, kiedy dostrzegamy na twarzy zadowolenie, wiemy, że jest dobrze. Tak wprowadziliśmy do naszego menu zupę z kiszonych pomidorów czy z kiszonej cukinii. Kisić można wszystko: kabaczki, fasolę, marchewkę, kalafiora i inne warzywa. Świadomość, że to wszystko rośnie wokół, bez chemicznej ingerencji daje poczucie spełnienia i prostej radości. Ale oczywiście uprawa własnych produktów i dbanie o nie kosztuje sporo pracy. Naszym gościom właśnie taki styl życia chcielibyśmy pokazać.

A jak wygląda najzwyklejszy dzień w Latosowie?
BL: Wbrew pozorom mamy znacznie więcej pracy niż w mieście. Oprócz zwierząt gospodarskich mamy hodowlę ryb akwariowych, opieka nad nimi wszystkimi zabiera nam dziennie sporo czasu. Każdy kompot, suszone zioła, przetwory - one również są pracochłonne i wymagające czasu. Poza tym zawsze, bez względu na porę roku konieczne są prace na zewnątrz - duże i małe. Mamy też polowe prace związane z uprawą ziemi, gromadzeniem siana, słomy i zboża dla zwierząt. W tzw. międzyczasie robimy sery, warzymy piwo.
KB: Bywa, że pierwszym posiłkiem jest obfite śniadanie, a kolejnym - późna obiadokolacja. Trzeba też pamiętać, że mamy dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym. Więc trzeba gdzieś „upchnąć” czas dla nich. Do tego dochodzi drugi dom dla gości i prace związane z ich przyjęciem. Wciąż jest dużo pracy. Więc jak pani widzi – nie nudzimy się (śmiech).

Jakie są reakcje przyjezdnych „mieszczuchów”, którzy przyjeżdżają do Latosowa?
KL: Ich reakcje zawsze mnie zaskakują. Myślę, że jest u nas całkiem przyjemnie, ale chyba przywykłam do tego, co nas otacza i przez to walory Latosowa nieco mi spowszedniały. Kiedy widzę, jak zachwyceni bywają goście, to dopiero w ich oczach dostrzegam, jak naprawdę wygląda to nasze miejsce na ziemi. Potrafią cieszyć się spotkaniem z sarną, ekscytować żerującymi na naszej łące żurawiami czy tonąć w zachwycie nad smakiem truskawki prosto z krzaka. dla nas to przecież zwykła codzienność.

Myślę, że nie muszę o to pytać, bo odpowiedź wydaje się oczywista, ale czy są państwo tu szczęśliwi?
KL: Wbrew pozorom, odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Kiedy z poranną kawą wychodzi się do ogrodu, grzywacz huczy w czeremsze obok, śpiewa skowronek, słychać krzyk żurawi i dzięcioła, kiedy słońce przyjemnie grzeje, a w powietrzu unosi się słodki zapach jaśminu, to oczywiście, że człowiek czuje się tu szczęśliwy. Kiedy obserwujemy dzieci brykające razem z koźlątkami albo bawiące się bez znudzenia na łonie przyrody, to też czujemy spełnienie, radość i pewność, że nasza decyzja była słuszna.
BL: Ale kiedy zabraknie prądu, a z racji hodowli ryb, trzeba uruchamiać agregat i co jakiś czas dolewać do warczącej maszyny benzynę przez całą noc, kiedy zima jest wyjątkowo śnieżna i ręce bolą od łopaty, wtedy tego szczęścia jest jakby nieco mniej (śmiech). Życie na wsi ma swoje niezaprzeczalne plusy, których nie znajdzie się w mieście, ale ma też swoje minusy i wyrzeczenia. Myślę jednak, że ogólny bilans jest dodatni.

Kozie sery z Latosowa Archiwum prywatne
Podziel się

Czy nie tęsknią Państwo za miastem? Życie w małej miejscowości na wsi wiąże się z problemami (dojazdy do większego miasta, brak sklepów wielkopowierzchniowych). Jak radzą sobie Państwo z takimi problemami?
KL: Oczywiście czasem zdarza się nam tęsknić do miasta, głównie dotyczy to mojej osoby, a nie mojego męża, który z powodu swoich zajęć związanych z akwarystyką częściej wyjeżdża z domu. Z racji odległości za rzadko widujemy się z naszymi dawnymi znajomymi, z wieloma kontakt się urwał. Brakuje nam możliwości pójścia wieczorem do restauracji i biesiady w miłym gronie przyjaciół, co od czasu do czasu czyniliśmy mieszkając w mieście. Ale na szczęście Warszawa jest 120 km od nas, teraz jest naprawdę łatwy i szybki dojazd. Często samo dojechanie do stolicy bywa szybsze niż późniejsze przedzieranie się przez korki. Lubię czasem wpaść do stolicy. I tak jak nasi goście relaksują się u nas na wsi, ja odprężam się spacerując bulwarem wiślanym czy pójściem na koncert pod chmurką.
Z zakupami nie ma żadnych problemów. Bywając w Warszawie, robimy od czasu do czasu większe zakupy. Czasem odwiedzamy niedalekie Siedlce w tym celu. Jednak codzienne zakupy robimy na miejscu. Są tu dobrze zaopatrzone sklepy, mamy małe piekarnie, gdzie kupuje się prawdziwy, pachnący chleb. Są dwie masarnie, gdzie mięso jest tańsze niż w dużym mieście i przede wszystkim świeże. Plusem jest także dojazd do szkoły czy przedszkola, który trwa zazwyczaj 7 minut. W dzień targowy, kiedy są „korki na mieście” jest dłuższy o 3 minuty (śmiech). Tutaj wszyscy się znają. Nie zapomnę sytuacji, kiedy pani w banku roześmiała się, kiedy szukałam dowodu osobistego, chcąc wypłacić pieniądze. Powiedziała, że przecież widzi, że ja to ja, po co jej mój dowód? (śmiech).

A czy rozważają państwo kiedykolwiek powrót do miasta?
KL: Mąż absolutnie nie wyobraża sobie wyprowadzki z Latosowa. Ja natomiast czasem myślę, że na stare lata być może przyjdzie konieczność powrotu do miasta, gdzie życie w takiej sytuacji bywa jednak łatwiejsze.

Polub WP Kuchnia
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.