Trwa ładowanie...
d2q3mgg

Vegenerat Przemysław Ignaszewski, czyli jak zgubić worek ziemniaków

Przemysław Ignaszewski miał już dość swojej sporej nadwagi, która przeszkadzała mu w życiu i pracy. Zabrał się zatem za bieganie i dietę. Na trasach biegów zgubił 50 kilogramów, odnalazł dla siebie kuchnię roślinną i z puszystego żołnierza zmienił się w wysportowanego faceta o żelaznej kondycji. Teraz zdradza, jak wygląda jego życie bez mięsa i sporej nadwagi.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Vegenerat Przemysław Ignaszewski, czyli jak zgubić worek ziemniaków
(fot. prywatne archiwum Przemysława Ignaszewskiego)
d2q3mgg

Zaczęło się od tego, że zmagałeś się z otyłością i postanowiłeś rozprawić się z problemem raz na zawsze. Dlaczego padło na bieganie, a nie na przykład na kolejną dietę albo inną formę ćwiczeń?
Wypróbowałem dziesiątki różnych diet. Najczęściej kończyło się na tym, że gubiłem 2-3 kilogramy, stwierdzałem, że jest okej i odpuszczałem. A czemu bieganie? Tak się złożyło, że spotkałem mojego kolegę, który akurat zaczął biegać. Kiedy wsiadałem do jego samochodu śmiał się, że auto się przechyliło. Zaproponował bieganie. Po jakimś czasie stwierdziłem, że coś w tym chyba jest i tak zostało.

Ile zrzuciłeś?
50 kilogramów. Duży worek ziemniaków.

Ile zatem ważyłeś wcześniej?
135 kilogramów.

Wkręciłeś się w bieganie do tego stopnia, że doprowadziło cię ono do kuchni roślinnej, której poświęcona jest spora część twojej książki. Myślisz, że to jest logiczna droga?
Nie doszukiwałbym się w tym logiki. Po prostu w pewnym momencie zatrzymałem się – osiągnąłem jakiś pułap. Przebiegłem 100 mil, przebiegłem 100 kilometrów, zaliczyłem inne wyzwania, które sobie postawiłem. Zacząłem się zastanawiać co dalej, szukać czegoś nowego. Stwierdziłem, że może spróbuję pobiegać bez mięsa. Postanowiłem sobie, że odstawię produkty odzwierzęce na 30 dni i zobaczę, jak się będę czuł. Zawsze miałem jakąś nutkę zamiłowania do gotowania, więc zacząłem kombinować: na początku jakieś pasty, potem makarony z sosami warzywnymi, makarony z warzywami... I tak już zostało. Straciłem nad tym kontrolę (śmiech). Od początku 2014 roku jestem wyłącznie na diecie roślinnej, choć nie lubię słowa „dieta”, bo kojarzy się ona z czymś krótkotrwałym, podczas kiedy ja po prostu zmieniłem swoje nawyki żywieniowe.

Ciebie do weganizmu doprowadził sport. Co myślisz o podchodzeniu do kuchni roślinnej poprzez czynniki etyczne?
Ja chciałem zaspokoić ciekawość. Jednak w momencie, kiedy zacząłem się zagłębiać w tematykę wegetarianizmu i weganizmu, zacząłem dostrzegać inne elementy i argumenty – empatię, ochronę środowiska. Aczkolwiek wychodzę z założenia, że można ludzi przekonywać do kuchni roślinnej, ale w nienachalny sposób – pokazując im, że tą kuchnia można się bawić, że można zjeść zdrowo i smacznie. Jeśli osoby, które cały czas skupiają się na kuchni tradycyjnej, dostaną czasem coś, co jest oparte na kuchni roślinnej, to będą do tego wracały. Myślę, że taka metoda jest zdecydowanie lepsza, bo nikt nie chce oglądać drastycznych obrazków. Ludzie wolą się pośmiać i w międzyczasie zjeść coś smacznego.

Przy zrzucaniu nadwagi kluczowy był dla ciebie wysiłek fizyczny, czy dopasowanie diety? Co poradziłbyś osobom, które chcą zgubić zbędne kilogramy?
Na pewno powinny zacząć od aktywności fizycznej. Wiadomo, że nie każdy polubi bieganie, ale kiedy już znajdzie się jakiś punkt zaczepny by polubić jakikolwiek sport, to świadomość żywieniowa przyjdzie sama. Kiedy wychodzi się na trening nie można zjeść byle czego, bo na byle jakim paliwie daleko się nie zajedzie. Trzeba zacząć zwracać uwagę na to, co się je, zarówno przed treningiem, w jego trakcie, jak i po treningu. Ta świadomość jest elementem tego wszystkiego, ale uważam, że najpierw powinno się zacząć od aktywności fizycznej.

Na treningach biegasz po kilkadziesiąt kilometrów. Jak połączyć tak intensywne treningi z odpowiednim żywieniem?
Trzeba przede wszystkim wiedzieć co zjeść i kiedy. Przed treningiem nie można jeść ciężkich potraw. Jeśli biega się po kilkadziesiąt albo kilkaset kilometrów, trzeba zadbać o odpowiednie paliwo – cukry proste, mikroelementy... Na rynku dostępne są też specjalne żele, ale staram się ich nie używać, bo są napakowane chemią. Opieram swoje żywienie o daktyle. Robię z nich tak zwane kulki mocy albo batony. Istotne jest też to, żeby po takim długim wysiłku uzupełnić kalorie. Jeśli straci się ich w trakcie treningu czy zawodów 5 czy 6 tysięcy, to trudno jest uzupełnić je od razu, ale w ciągu godziny trzeba uzupełnić białko i węglowodany, żeby mięśnie miały się z czego odbudować.

Kiedy pisałeś książkę „Vegenerata sposób na zdrowie. Biegaj, gotuj, chudnij”, to o jakim odbiorcy myślałeś? O tych, którzy chcą schudnąć?
Pierwsza część książki jest skierowana przede wszystkim do tych, którzy walczą z otyłością, chcieliby coś zmienić, chcieliby spróbować dłuższego biegania, może spróbować kuchni roślinnej. Jest tam skrót drogi, którą przeszedłem ja – od otyłości do biegania po sto kilometrów. Druga część skierowana jest praktycznie do wszystkich: zarówno do tych, którzy już są roślinożercami, jak i do tych, którzy jedzą tradycyjnie. Chciałem pokazać, że ta roślinna kuchnia nie jest skomplikowana. W 90 procentach opieram ją na naszych rodzimych produktach, nie doszukuję się jakichś dziwnych składników, nie kupuję produktów, które są trudno dostępne. Chcę pokazać, że to wszystko można zrobić w oparciu o dwie siatki zakupów z lokalnego bazaru.

Pierwsza część twojej książki to opis kolejnych wyzwań. Najpierw chciałeś schudnąć, potem stawiałeś sobie kolejne cele związane z dystansami i czasami biegów. Jeszcze później stwierdziłeś, że chcesz się zmierzyć z dystansem 100 kilometrów w 12 godzin, ale po odstawieniu produktów odzwierzęcych. Bieganie po zmianie diety było łatwiejsze?
Bieganie było łatwiejsze, ale samo wyzwanie było trudne. Przecież to jest 100 kilometrów, a ja całkiem niedawno miałem problem z przebiegnięciem trzech. Jako żołnierz zawodowy co roku miałem do zaliczenia 3 kilometry i to było dla mnie coś strasznego.

*Najpierw przebiegłeś 100 kilometrów przy diecie, w której było mięso. Potem odstawiłeś produkty odzwierzęce, znów przebiegłeś 100 kilometrów i stwierdziłeś, że było łatwiej. *
Kiedy przechodziłem na dietę roślinną odstawiłem też wszystkie używki, to pewnie też miało jakiś wpływ. Sposób odżywiania na pewno jednak też nie był bez znaczenia. Kiedy zjadłem stek czy schabowego, zalegały mi w żołądku. Kiedy zjadłem makaron i surówkę z ciecierzycą, to po godzinie mogłem spokojnie biegać. Potrawy roślinne rozkładają się szybciej i nie powodują tego uczucia ciężkości.

Wspominasz moment, kiedy jako żołnierz zawodowy ze sporą nadwagą miałeś problemy z zaliczeniem biegu na 3 kilometry na egzaminie. Jak teraz patrzą na ciebie koledzy z pracy, kiedy przebiegnięcie tego dystansu to dla ciebie bułka z masłem? Przechodzą na dietę roślinną i słuchają twoich rad?
Zauważyłem taką tendencję, że koledzy zaczynają się wcześniej przygotowywać do egzaminów. Wcześniej zaczynało się dwa tygodnie przed nim, a tymczasem nawet dziś jeden z kolegów zaproponował, żeby pójść pobiegać, bo mamy marzec, a egzaminy są w maju. Nie chcę sobie przypisywać żadnych zasług, ale koledzy próbują kuchni roślinnej, biegają i zaliczają testy bez problemu. Niektórzy też wcześniej mieli problem z pokonaniem 3 kilometrów, a teraz biegają ze mną spokojnie po 10.

Jesteś autorem roślinnej rewolucji w polskiej armii?
Nie nazwałbym tego w ten sposób, ale czasami kiedy gotuję potrawy na bloga w mojej trzyosobowej rodzinie nie jesteśmy w stanie wszystkiego pochłonąć. Zabieram więc resztę do pracy i częstuję kolegów. Smakuje im i czasami powtarzają te potrawy u siebie w domu. Dlatego myślę, że moja nieinwazyjna metoda zachęcania do kuchni roślinnej jednak działa.

d2q3mgg

Podziel się opinią

Share

d2q3mgg

d2q3mgg