wp

Natalia Paździor: chcę być jak Gordon Ramsay

Sztuka kulinarna łączy pokolenia i coraz częściej gotują także dzieci. Tytułem pierwszego polskiego MasterChefa Juniora może pochwalić się 11-letnia Natalia Paździor, która zaczęła gotować jako kilkulatka. W rozmowie z Magdą Pomorską zdradziła m.in., który moment w programie był dla niej najbardziej stresujący, jak będzie wyglądać jej restauracja i co jedzą na szkolnych przerwach jej rówieśnicy.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Natalia Paździor: chcę być jak Gordon Ramsay
(Fot. Kasia Kiełbasińska)

Nie każda 11-latka potrafi tak perfekcyjnie gotować i zrobić kilku daniowy obiad. Kiedy odkryłaś swoją pasję do gotowania?
Tak naprawdę miłość do gotowania odkryłam w sobie jeszcze przed programem „MasterChef Junior”. Interesowałam się jedzeniem i sposobami jego przygotowania, ale wtedy nawet nie nazywałam tego hobby. Po prostu od najmłodszych lat byłam obecna w kuchni, a gdy miałam jakieś 6-7 lat to sama zaczęłam robić pierwsze dania. W wieku 8 lat już coraz więcej gotowałam „na poważnie”, poznając różne techniki i ciekawe produkty. W momencie zgłaszania się do programu i samych nagrań zrozumiałam, że gotowanie i praca w kuchni to kierunek, w którym chce iść w przyszłości.

Poznając tajniki sztuki kulinarnej, od razu przeszłaś do działań praktycznych, czy sięgałaś po książki kulinarne lub oglądałaś programy o gotowaniu?
Odkąd pamiętam, jestem fanką programów o kucharzach, gotowaniu i kulinarnych zawodach. Oglądałam program „MasterChef” dla dorosłych i dziecięce edycje, ale z innych krajów. Od razu mnie to zainteresowało i spodobało mi się, jak gotują dzieci. Dziś mam już swoją małą biblioteczkę z książkami kucharskimi, ale na początku korzystałam z tych, które miała moja babcia. Duże wrażenie robiły na mnie przede wszystkim zdjęcia gotowych potraw. Oglądając je, myślałam: „Muszę to zrobić!”. Inspiracji szukałam też w gazetach o gotowaniu i internecie. Zawsze w oko wpadały mi ładnie podane potrawy i nimi się zachwycałam.

wp

Jakie było pierwsze danie, które ugotowałaś i byłaś z niego naprawdę dumna?
Muszę powiedzieć, że pierwszym samodzielnie przygotowanym daniem, które zrobiłam, była jajecznica. Ale potrawę, którą wspominam i jestem z niej dumna to pieczona kaczka, którą przygotowałam w wieku 7 lat. Doprawiłam ją majerankiem i podałam z jabłkami, a do tego puree ziemniaczane. Teraz raczej preferuję robienie lżejszej kaczki i wykorzystanie mniejszych części, ale wtedy robiłam ją według przepisu pani Magdy Gessler. Zaczęłam od przygotowania solanki (czyli połączenia wody i soli w proporcjach „na oko”) i marynowania w niej oczyszczonego mięsa przez całą noc. Następnie natarłam kaczkę świeżo mielonym pieprzem i sporą ilością majeranku. Jabłka pokroiłam w ćwiartki, usuwając gniazda nasienne, i też doprawiłam majerankiem, a potem owocami nafaszerowałam wnętrze kaczki. Długość pieczenia kaczki zależy od konkretnego okazu mięsa, ale średnio trwa to ok. 60 minut. Kaczki ze sklepu mogą piec się krócej, a te swojskie, prosto z podwórka są nieco twardsze i trzeba je piec nawet do 1,5 godziny. W trakcie pieczenia polecam sprawdzać je patyczkiem lub dłuższą wykałaczką, czy już jest gotowe. Obowiązkowo skórka powinna być chrupiąca i złota. Gdy piekę kaczkę, to zawsze pozwalam gotowemu mięsu „odpocząć” – najpierw kilka minut w piekarniku, a potem chwilę na desce. Potem dopiero kroję ją na porcje. Dzięki takiemu prostemu trikowi mięso nie jest zbyt krwiste.

A czy prawdą jest, że jak gotujesz, to nikt nie ma wstępu do kuchni?
Dokładnie tak, bo po prostu tego nie lubię, gdy ktoś na siłę chce mi pomóc. Chyba, że ktoś potrafi świetnie gotować i może mnie czegoś nauczyć. Oczywiście mam tu na myśli dorosłych, którzy znają się świetnie na gotowaniu np. Michel Moran, Mateusz Gessler czy Ania Starmach. Dobrze mi się gotuje wspólnie z Luizą (Luiza Baaziz, uczestniczka pierwszej edycji polskiej wersji programu „MasterChef Junior - przyp. red.), bo w trakcie gotowania rozmawiamy, jesteśmy rówieśniczkami i obie wiemy, jak działać w kuchni. Ale w moim domu, gdy wchodzę do kuchni, to jest zamykana na przysłowiowe sześć spustów i nikt nie ma prawa wejść. Nie lubię, gdyś ktoś mi się krząta i raz po raz dopytuje. A już pytania „może trzeba dosolić”, kiedy jeszcze nie skończyłam, najbardziej mnie irytują. Działam według swojego planu, gotuję w spokoju, a potem zapraszam wszystkich do stołu i wtedy słucham wszystkich uwag na temat jedzenia.

W programie największym wyzwaniem był dla ciebie finał, czy może któraś z wcześniejszych konkurencja była dla ciebie bardziej stresująca?
Finał tak naprawdę był najłatwiejszym etapem w całym programie. To była czysta przyjemność i w ogóle się nie stresowałam. Z uśmiechem gotowałam i nie wpadałam w panikę. Oczywiście myślałam o werdykcie jury, ale byłam pozytywnie nastawiona. Znacznie bardziej denerwowałam się w odcinku z polędwicą Wellington. Z potrawą tą zmagał się kiedyś sam Gordon Ramsay i robił ją setki razy, żeby dojść do perfekcji. A my, niesforne dzieciaki, mieliśmy przygotować ją za pierwszym razem i musiała być idealna. To było naprawdę trudne! Pracowaliśmy w parach i chociaż nasza nie była perfekcyjna, to mimo wszystko smakowała i jakoś nam się udało przejść tę konkurencję.

wp

A czy masz swojego kulinarnego guru, osobę, którą uważasz za wzór w kuchni?
Inspiruje mnie wielu znanych kucharzy, ale tak naprawdę szczególnie podziwiam Gordona Ramsaya. Jest stanowczym szefem kuchni i tego mogę się od niego uczyć, bo ja jestem za miła w kuchni, a przez to czasami zbyt łagodna. Nie umiem jeszcze krzyknąć i zapanować nad pracą kilku osób, a jemu znakomicie się to udaje. Jest kompetentny i przyjazny, ale kiedy trzeba to podniesie głos i przywoła załogę kuchni do porządku. Uwielbiam programy z nim i chętnie czytam jego książki. Marzę, żeby kiedyś móc zjeść obiad w jednej z jego restauracji.

Jakie masz plany na swoją kulinarną drogę życiową?
Marzę o stażach u najlepszych szefów kuchni, ale wcześniej chciałabym ukończyć paryską szkołę gotowania Le Cordon Bleu. Dopiero po takiej edukacji będę gotowa, żeby dalej działać w gastronomii. Gdy zdobędę doświadczenie, będę mogła otworzyć własną restaurację, ale to już musi być naprawdę wysoki poziom. Nie chciałabym, żeby któregoś dnia przyszła do niej pani Magda Gessler i zrobiła totalną rewolucję. Ostatnio rozmawiałam nawet z Luizą, że razem wybierzemy się do Paryża, będziemy siedzieć w jednej szkolnej ławce i będziemy na tym samym roku. Już mam wszystko zaplanowane!

A jeśli miałabyś już wymarzyć sobie i zwizualizować swoją restaurację, to jaka by ona była?
Jeśli chodzi o rodzaj kuchni, to byłoby to bardzo zróżnicowane. Kiedyś sobie wyobrażałam, że albo miałabym kilka menu, albo jedno podzielone na kilka części. Musiałaby być kuchnia polska, moja ukochana francuska i kuchnia włoska, którą też bardzo lubię. Powiem szczerze, że nie myślałam o kuchni indyjskiej czy chińskiej, chociaż też lubię dania z tych regionów, żeby po prostu nie przesadzić. Chciałabym, żeby w otwartej kuchni były trzy oddzielone stanowiska, każde dedykowanej konkretnej kuchni. Podoba mi się industrialny styl w architekturze, więc myślałam o czarnej cegle, monochromatycznych detalach i takim trochę tajemniczym klimacie. Chciałabym, żeby cały lokal był oszklony, dzięki czemu w dzień rządzić będzie słońce, a z kolei wieczorem światło będą dawały świeczki. Będą też lampy z pięknymi abażurami, regały z książkami o gotowaniu. Marzą mi się też świeże zioła zamiast kwiatów – mięta, rozmaryn, majeranek i inne. Podoba mi się wystrój restauracji Mateusza Gesslera, ale mój lokal byłby nieco bardziej mroczny, ale jednocześnie nastrojowy.

Skupiając się na tym menu, które dania z tych trzech kuchni najbardziej lubisz?
Pierogi ruskie, czyli danie, które wpisało się na stałe w kuchnię polską, mimo że brzmi trochę obco. I moim zdaniem ten serowy wytrawny farsz popularnością przebija nawet połączenie kapusty z grzybami czy mięsne nadzienie. Druga potrawa to bigos, czyli mało wystawna propozycja, ale moim zdaniem przepyszna. Gdy tylko w domu pachnie bigosem – co mój brat określa, że śmierdzi kapustą – to ja wiem, że mogę jeść bigos bez końcu. Lubię też standardowy polski rosół, chociaż zazwyczaj stosuję go w kuchni jako bulion, który jest dodatkiem. Z kuchni francuskiej najbardziej lubię żabie udka i po raz pierwszy miałam okazję spróbować ich właśnie w programie „MasterChef Junior”. Dodatkowo lubię przygotowane na sposób francuski przegrzebki oraz wszystkie francuskie desery od ptysiów po makaroniki. A z kolei z kuchni włoskiej to uwielbiam pizzę i przyznam się, że bardzo często robię ją w domu, specjalnie dla mojego brata. Oczywiście wszystkie pasty (szczególnie spaghetti carbonara) i włoskie tiramisu, mocno kawowe – bardzo czekoladowe.

wp

Swoją kulinarną wiedzę zaczęłaś już przekazywać innym, prowadząc warsztaty kulinarne. Jak się czujesz w roli nauczycielki?
Bardzo mi się podoba to zajęcie. Choć powiem szczerze, że czasami trudno mi połączyć gotowanie z dokładnym omawianiem każdej czynności. A właśnie o to chodzi i cały czas nad tym pracuję, żeby za bardzo nie skupiać się na jedzeniu. Do tej pory miałam okazję prowadzić warsztaty pokazowe, kiedy to gotowałam, a potem inny oceniali i kosztowali oraz typowe warsztaty kulinarne, kiedy ja gotuję, a inni to odwzorowują, a potem mam okazję – niczym jurorka - spróbować ich potraw w trakcie przygotowania i już po zaserwowaniu. Póki co odpowiada mi bardziej pierwsza forma, bo kiedy jest osoba prowadząca całe spotkanie kulinarne, to ja mogę skupić się na gotowaniu i od czasu do czasu odpowiadać na jego pytania. Moje pierwsze warsztaty, które prowadziłam, były oczywiście bardzo stresujące i trudno było mi opakować emocje, ale po każdych kolejnych czuję się pewniej i wiem, że sprawia mi to przyjemność.

A jak oceniasz jadłospis swoich rówieśników? Co najczęściej jedzą na przerwach w szkole?
Muszę powiedzieć, że moi koledzy i koleżanki zawsze są pod wrażeniem, jak opowiadam im, co ciekawego mogłam spróbować i przyznają, że trudno byłoby im przełknąć np. żabie udka czy krewetki. Szkoda, że zazwyczaj coś krytykują, a nawet tego nie spróbowali, tylko oceniają po wyglądzie. Co do tego, co jedzą na przerwach, to nie widzę, żeby zdrowiej się odżywiali po zmianach produktów w sklepikach. Zdarza się, że przynoszą np. jabłko, ale zazwyczaj mają kanapki z Nutellą, do tego przynoszą cukierki.

Wspomniałaś o tych nietypowych daniach, które miałaś okazję spróbować. A czy jest jeszcze jakaś potrawa, o której zjedzeniu marzysz? A może chciałabyś zjeść coś, co już znasz, ale w specjalnym miejscu?
Przyznam, że potrawy takiej nie mam, bo jeśli na coś mam ochotę, to staram się to odwzorować i przygotować w domu. Ale kiedy byłam w trakcie ostatnich wakacji na Dominikanie, to oprócz świeżych i pysznych owoców morza, miałam okazję spróbować ich typowych potraw np. frytek z juki, czyli odmiany ziemniaka i zupy z trzech rodzajów mięs. Do tego pyszne desery i egzotyczne, bardzo soczyste i pyszne owoce prosto z drzewa. Więc jeśli chciałabym coś zjeść ponownie, to zdecydowanie wróciłabym znowu na wyspę i zjadła te dania. Podróżowanie to przecież najfajniejszy sposób na poznawanie nowych smaków.

Polub WP Kuchnia
wp
wp
wp
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.